Reklama

Dane, które przytoczyliśmy, pochodzą z zarządzenia, które jako wyrok na polskie wilki wydał minister leśnictwa Jan Dąb-Kocioł w latach pięćdziesiątych. Wzorował się na podobnych radzieckich rozwiązaniach, uznawanych za wzór i wyznacznik, co należy robić z wilkami. 

Po II wojnie światowej w Związku Radzieckim zwierzęta te uznano za "szkodniki" i "zagrażające rozwojowi produkcji rolnej i hodowli", uznano wręcz za poważne zagrożenie radzieckiej gospodarki planowej. Wilk został wrogiem ludu pracującego miast i wsi, więc należało go wytępić.

Historia wilków w Polsce

Wilki obarczano winą za ataki na ludzi i ich trzody. Strzelano do nich z samolotów, a w 1958 r. w ZSRR ogłoszone zostało nawet współzawodnictwo pracy w polowaniu na te drapieżniki. Zwycięzca dostawał przechodni proporzec Głównego Urzędu Gospodarki Łowieckiej Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.

Może brzmi to zabawnie, ale w gruncie rzeczy stanowiło to gong dla eksterminacji drapieżnika także w Polsce. Zwierzęcia, które jak mało które miało fatalną reputację. W zasadzie trudno znaleźć w europejskiej przyrodzie gatunek, który by miał tak czarny PR jak wilk. 

Może szczur, ale to chyba nawet nie ta skala, bo szczur nie budził takiego przerażenia. Nie powstawały o nim baśnie i mity, w których grałby on niezmienne rolę czarnego charakteru. Nie jego dotyczyły opowieści z mroku i legendy o wilkołakach, cały nurt likantropii - tak popularny w dawnych wiekach.

Wszak już gdy Rzymianie wyprawiali się nad Bałtyk po bursztyn, donosili, że tereny Polski i państw nadbałtyckich zamieszkują pół-ludzie, pół-wilki.

Zobacz także: Czy wilków jest w Polsce za dużo? To źle postawione pytania

Wszyscy nienawidzą wilka

"Charles Perrault załatwił wilka na dobre" - mówił prof. Andrzej Bereszyński, gdy jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia dyskutowałem z nim na temat tego, jak wprowadzić w Polsce ochronę tego zwierzęcia. Wszyscy wilka nienawidzili, ale nie była to robota jedynie Charlesa Perraulta, braci Grimm, Jana Brzechwy czy innych bajkopisarzy. To zbyt duże uproszczenie. Wilk był - jakkolwiek by to paradoksalnie nie brzmiało - kozłem ofiarnym.

Nawet dzisiaj, gdy jest gatunkiem chronionym, a może nawet zwłaszcza dzisiaj, zarzuca mu się wszystko - że jest go za dużo, że zagraża ludziom i zwierzętom, że zabija z żądzy krwi, że zaczyna pojawiać się w miastach (np. w ostatnich latach w Poznaniu), siejąc przerażenie. Politycy do dzisiaj grają na tych lękach ludzi przed wilkami, stawiając wnioski albo o uchylenie ochrony, albo o odstrzał.

Dla ludzi zajmujących się badaniem wilków i ich ochroną sprawa jest jasna: obława na "złego wilka" wcale się nie skończyła wraz z wprowadzeniem w Polsce jego ochrony gatunkowej. Myśliwi nadal chcą mieć go w pokocie, jego skóry i czaszki w gronie trofeów. Nadal ubicie wilka może być opłacalne i nadal istnieje groźba, że któraś władza rozpęta - nomen omen - nagonkę. Tak jak to bywało przed laty.

Wielkie tępienie wilków zaczęło się w XIX w., wraz ze znikaniem lasów i rewolucją przemysłową. Niemal w każdym kraju Europy wilków zawsze było "za dużo" z czyjegoś punktu widzenia. A za jedyny sposób ograniczenia strat wynikających ze spotkań ludzi z tymi drapieżnikami uznawano mord.

W XIX-wiecznych Niemczech do życia powołano nawet specjalnych komisarzy ds. zwalczania wilków, zwanych Wolfmeister. Dysponowali oni funduszem na nagrody, a za odmowę udzielenia pomocy w eksterminacji zwierząt groziła nawet grzywna. To była pierwsza wojna z wilkami udokumentowana przepisami prawa.

Zobacz także: Niewiele zwierząt ma tak złą reputację jak wilk

Wilczarze przeciw wilkom. Nagrody nawet za płód

Zwierzęta okazały się jednak bardzo odporne. Stworzone do szukania możliwości przetrwania, dawały sobie radę nawet z taką sytuacją. Liczba wilków nie malała, więc Niemcy postanowili przyznać prawo do zabijania tych zwierząt nie tylko wilczarzom, ale wszystkim mieszkańcom kraju. Od 1817 r. wypłacali atrakcyjne nagrody - 12 talarów za waderę (samicę), 10 za basiora (samca) i 4 talary za szczenię.

Warto zauważyć, że mówimy o czasach zaborów, a zatem prawo to obowiązywało także na obecnych ziemiach polskich - w Wielkopolsce, na Pomorzu, Mazurach czy Śląsku. Mało tego, w innych krajach Europy zostało uznane za wzorowe i godne naśladowania. W 1846 r. podobne przepisy eksterminacyjne wprowadził car Rosji - także w Królestwie Polskim. 

Wilki należało mordować wszelkimi sposobami - nożami, kosami, widłami, w sidłach, trutką, a nagrody wypłacane były na podstawie dostarczonych obciętych uszu. Musiały być do pary.

Efekt był porażający. Na wielkich obszarach Polski zachodniej wilków pod koniec XIX w. nie było już wcale, a na jej terenach wschodnich czy południowych zostało tylko 1000 osobników. 

Wydawać by się mogło, że to stanowiło apogeum rzezi tych drapieżników. Nic bardziej mylnego. W czasach niepodległej już Polski o 1000 wilków przez lata mogliśmy tylko pomarzyć, a eksterminacja naszego drapieżnika szczytowego osiągnęła rozmiary niespotykane pod zaborami. 

Przed drugą wojną światową wilków było tak mało, że pojawił się pomysł objęcia go ochroną. Protesty ludności, zwłaszcza kresowej, szybko doprowadziły do zmiany tej sytuacji, a mocno zaangażowany w ochronę żubra prezydent Ignacy Mościcki nie podpisał rozporządzenie o wyłączeniu wilka z katalogu zwierząt łownych w Polsce.

Wilki jak stonka. Tępione w czynie społecznym

Na polowanie na wilki przyjeżdżał do Polski np. nazistowski minister Hermann Göring, miłośnik łowiectwa. Pupilek Hitlera strzelał w Polsce do drapieżników, których niemal już nie było w naszych lasach. Kiedy w 1939 r. polski okręt podwodny ORP "Wilk" przedarł się z Bałtyku do Anglii, zwierzę, od którego wziął swoje imię, było już w Polsce rzadkością.

PRL kojarzy nam się z walką imperialistyczną stonką, którą jakoby zrzucili Amerykanie (tak naprawdę przyszła z Niemiec) i którą zbierano w czynach społecznych. Takie pospolite ruszenie dotyczyły jednak w Polsce Ludowej walce z wilkami, o czym mało kto wie.

29 stycznia 1955 r. prezydium rządu wydało "Uchwałę w sprawie tępienia wilków". To nie pomyłka, rzeczywiście tak się nazywała i przypominała przepisy w sprawie organizacji walki ze stonką ziemniaczaną. W sprawie wilków posłużono się starym sposobem zaborców - nagrodami pieniężnymi.

Lektura zarządzenia, które wydał minister leśnictwa Jan Dąb-Kocioł jest tak okrutna, że nie nadaje się nawet dla ludzi o bardzo mocnych nerwach. W skrócie: prezydia wojewódzkich rad narodowych były zobowiązane do zabezpieczania w budżecie środków na budowę pułapek na wilki, flar (sznurów z kawałkami barwnego, łopoczącego materiału; potrzebne do nagonki), trutek i narzędzi do zabijania wilków, wreszcie na nagrody za ubicie wilków oraz wybranie szczeniąt wilczych z gniazda i ich zniszczenie.

A nagrody wyglądały tak: za zabicie dorosłego wilka podczas polowania zbiorowego - 500 zł. Za pozbawienie go życia w indywidualnym podejściu premia rosła do 1000 zł. Za wybrane z gniazda szczenię należało się 200 zł. A szczeniąt w gnieździe najczęściej było kilka. To znaczyło, że nakłucie trzech czy czterech na widły można było kupić roczny zapas wieprzowiny albo skrzynkę wódki. A że w gnieździe czasem znajdowało się ich więcej, nagrody sięgały wielomiesięcznych wynagrodzeń.

Zobacz także: Wilki coraz częściej pojawiają się wśród ludzi. Co je przyciąga?

Bierzmy kije, pałki, noże...

Na masowe polowania ściągali więc ludzie z całego kraju. Brali co było pod ręką - kosy, widły, topory i szli na wilka, a prasa apelowała, by nie zaniedbywali przez to innych obowiązków w pogoni za łatwym zarobkiem.

Każdy wilk miał być obdarty ze skóry i oznakowany numerem (minister w artykule 4 paragraf 3 nakazywał umieścić go na karku), a następnie niszczono czaszkę zwierzęcia "poprzez jej rozbicie lub w inny sposób".

Szacuje się, że tylko w drugiej połowie lat pięćdziesiątych wybito 80 proce. polskich wilków, które paradoksalnie zaczęły odradzać się w czasie wojny (ok. 1400 osobników), a co najmniej 300 padło na skutek zatrucia fenobarbitalem, zwanym też luminalem - trucizną stosowaną w wojnie z wilkami. Dodawano ją do padliny podrzucanej w lasach. 

W 1964 r. nagrodę za zabicie wilka podniesiono, ale po kilku latach ich wypłacanie zawieszono. Nie było już bowiem kogo zabijać.

A jednak wilk ocalał. Przetrwał eksterminację

Jeżeli weźmiemy pod uwagę to wszystko, co działo się wokół wilka w Polsce w ostatnich 200 latach, aż trudno sobie wyobrazić, jakim cudem udało się go objąć ochroną gatunkową. Przed wojną prezydent Ignacy Mościcki nie miał odwagi, ale w latach dziewięćdziesiątych w Polsce sytuacja z wilkami była naprawdę dramatyczna. Niewiele lepsza niż z żubrami przed stu laty. 

Niedobitki zwierząt żyły we wschodniej Polsce i górach, więc pilotażową ochronę gatunkową wprowadzono w 1992 r. tam, gdzie w zasadzie ich wówczas nie było - województwie poznańskim (w układzie 49 województw sprzed reformy) - za napisaniem ustawy stała poznańska Akademia Rolnicza (dzisiaj Uniwersytet Przyrodniczy) i zespół prof. Andrzeja Bereszyńskiego. 

A i wtedy wznieciła wielkie protesty. Do tego stopnia, że gdy wprowadzono ją kilka lat potem w całym kraju, trzeba było początkowo wyjąć spod prawa najmocniej protestujące województwo krośnieńskie. Mieszkańcy obawiali się wzrostu liczby wilków (wtedy w Polsce mieliśmy ich może 200) i strat wśród trzód. W obliczu ochrony gatunkowej jednak odpowiedzialność finansową za ewentualne straty brało na siebie (i do dzisiaj bierze) państwo.

Przez pewien czas ochrona niewiele dawała, a protesty wciąż się pojawiały. Mentalność ludzi w Polsce zmieniała się jednak równolegle ze wzrostem liczebności wilków. Szczątkowa populacja z początku stulecia rozrosła się do 913 osobników w 2011 r., a dzisiaj liczbę wilków w Polsce szacuje się nawet na 2 tys.

Wilk przeżył to wszystko, co mu zrobiono. Przetrwał i ocalał. Wciąż jest elementem naszej fauny, występuje już nie tylko w Puszczy Białowieskiej czy Bieszczadach, ale w całym kraju. Badania wskazują na to, że nawet sama jego obecność w lesie ma istotny wpływ na cały ekosystem. Zwierzęta w obliczu obecności wilka inaczej się zachowują i gdzie indziej żerują. Wszystko się wtedy stabilizuje.

Zobacz także: Najbardziej przerażający pies świata odkryty w USA