Reklama

Uchodźcy klimatyczni. Bez domu, bez powrotu, bez praw

Miliony ludzi już dziś musi uciekać przed skutkami zmian klimatycznych. - Ten problem nie ominie żadnego kraju na świecie, nawet jeśli jego mieszkańcy czują się dziś całkiem bezpieczni - mówi Steve Trent, założyciel Environmental Justice Foundation.

Dziesiątki milionów ludzi już dziś migruje, bo ich domy są niszczone przez katastrofy naturalne, albo regiony w których mieszkali przestają nadawać się do życia. Kryzys klimatyczny to nie tylko kwestia ekologiczna, polityczna czy gospodarcza. To także gigantyczny kryzys dotykający podstawowych praw człowieka. Dziś Parlament Europejski ma przyjąć w tej sprawie sprawozdanie.

Steve Trent 20 lat temu założył jedną z największych na świecie organizacji walczących o sprawiedliwość dla ludzi dotykanych procesami niszczącymi środowisko. Environmental Justice Foundation prowadziła działania łącznie w 30 krajach, zwalczała toksyczne pestycydy, niewolniczą pracę robotników w branży tekstylnej, chroniła ludzi wyzyskiwanych przez właścicieli przetwórni owoców morza. Dziś jednym z głównych celów organizacji jest walka o stworzenie ram pozwalających skutecznie pomagać milionom klimatycznych uchodźców.

Reklama

Nie ma dziś żadnej powszechnie uznawanej definicji uchodźców klimatycznych. ONZ ani Unia Europejska nie traktują ich jako osobnej kategorii. Skoro nie ma definicji problemu, jak ocenić jego skalę?

Steve Trent, założyciel Environmental Justice Foundation: Dziś status prawny ludzi, których do porzucenia domów zmusiły ekstremalne zjawiska pogodowe, jest niejasny. To nie dotyczy tylko ludzi migrujących do innych państw, ale też tych, którzy przenoszą się w granicach własnego kraju. Kiedy jednak przyjrzymy się danym, możemy wyprowadzić z nich całkiem konkretne liczby ludzi, którzy zostali zmuszeni do migracji przez zjawiska pogodowe. Trudno jest oczywiście ze stuprocentową pewnością wskazać na konkretne kataklizmy naturalne i powiedzieć, że zostały wywołane przez globalne ocieplenie. Możemy natomiast z całą pewnością stwierdzić, że wraz z podgrzewaniem się planety jest ich coraz więcej. Stają się coraz częstsze i coraz poważniejsze. W ciągu sześciu miesięcy między wrześniem 2020 r. a marcem 2021 r. około 10,3 mln ludzi musiało porzucić swoje domy na skutek takich ekstremalnych zjawisk. 

To o wiele większa liczba uchodźców niż tych, którzy zostali zmuszeni ucieczki z powodu jakiekolwiek innych przyczyn, w tym wojen. Widzimy, że dochodzi tu do ogromnych zmian i jest to kluczowy problem polityczny, przed którym przywódcy wydają się po prostu uciekać. 

Dlaczego stworzenie definicji prawnej dla uchodźców klimatycznych jest tak ważne?

Nasza organizacja zleciła międzynarodowym firmom prawnym stworzenie ram dla takiej definicji. Jeśli wierzymy w praworządność, jeśli wierzymy we wspólne, podstawowe prawa człowieka i we współpracę, to musimy działać w ramach przepisów i prawa. Bez tego wszyscy mogą posługiwać się subiektywnymi kryteriami i decydować według własnego uznania kto jest, a kto nie jest uchodźcą klimatycznym. Działać we własnym interesie, a nie w interesie ogółu.

Ten problem dotknie nas wszystkich. Jeśli będziemy działać razem, możemy go przezwyciężyć. Bez współpracy się nie uda.

Częścią problemu jest to, że w bogatszych krajach Zachodu i Północy zmiany klimatu to coś, o czym się mówi w czasie przyszłym i jest rodzajem ciekawostki, która nie wpływa istotnie na nasze życie.

To prawda. Świat rozwinięty uważa, że to coś, co dopiero się wydarzy się w przyszłości, tymczasem w wielu regionach to dzieje się już teraz. Podam kilka przykładów. Po uderzeniu cyklonu Nargis, który w 2008 roku uderzył w wybrzeża Birmy, doliczono się 138 tys. zabitych... i przestano liczyć. Władze wystraszyły się niepokojów społecznych. Wyobraźmy sobie, że coś takiego wydarzyłoby się w Berlinie, Warszawie, Londynie czy Waszyngtonie. Jaka byłaby reakcja bogatych, rozwiniętych krajów zachodnich? Te zjawiska nie byłyby już czymś "tam", czy czymś "w przyszłości". Byłyby tu i teraz. Nasza reakcja byłaby zupełnie inna. 

Myśląc w dłuższej perspektywie zobaczylibyśmy, że podejmując działania już teraz, możemy odpowiedzieć na te zagrożenia o wiele bardziej efektywnie i, co niezwykle istotne, o wiele taniej niż jeśli zaczniemy się nimi zajmować dopiero wtedy, gdy będzie za późno. 

Innym problemem jest to, że przeciętny obywatel czy obywatelka jest przytłoczony informacjami. W tej sytuacji trudno się przejmować i trudno zrozumieć skalę problemu. Kiedy zaczniemy myśleć o tym, że konsekwencją zmian klimatycznych jest to, że w jednym kraju zginęło ponad 138 tys. ludzi, łatwo poczuć się tym przytłoczonym. Pozbawionym jakiegokolwiek wpływu. Człowiek pyta sam siebie: co mogą zrobić? I sam sobie odpowiada: nic! Więc próbujemy to zignorować, zakopać głęboko. Kluczem do problemu jest zaangażowanie ludzi i pokazanie im, że są mocni, a ich głos ma znaczenie.

Trudne zadanie. Wielu ludzi wolałoby usłyszeć, że nie może nic zrobić, że to problem kogoś innego. 

Tak, ale zachodzi tutaj jeszcze jeden proces. Nie będę w niego wchodził głęboko, ale powszechnym przekonaniem wielu kolegów z mojego sektora, którzy pracują nad prawami człowieka, kwestiami środowiskowymi czy zmianami klimatu jest to, że od bardzo dawna niektóre z wielkich firm, które zainwestowały ogromne pieniądze w infrastrukturę do produkcji i wykorzystywania paliw kopalnych, opierają się tworzeniu zrównoważonej infrastruktury energetycznej opartej na nowych technologiach i nowym sposobie działania. Te firmy od dawna w sprytny sposób przekonywały ludzi, że to oni powinni coś robić. Recyklingować plastikowe butelki, mniej jeździć samochodem, rezygnować z wakacji. Tymczasem same koncerny nie robią zupełnie nic. Jeśli spojrzymy na zakres i skalę tego problemu, to zobaczymy, że to właśnie one muszą działać, by cokolwiek się zmieniło. Jasne, mogę wyłączać światła, mogę segregować śmieci i wsiąść na rower zamiast jechać samochodem. Prawdziwa zmiana może nastąpić wyłącznie dzięki połączeniu działań rządów i pieniędzy płynących z wielkiego biznesu. 

To wygląda na potężne wyzwanie. 

W mojej pracy wiele podróżowałem i widziałem życie wielu różnych społeczności na świecie. Ponad dwie dekady temu stało się dla mnie oczywiste, że dla biednych społeczności, wszystkie środki do życia płyną z otaczającego je środowiska naturalnego. Są w stanie wykarmić swoje rodziny dzięki rybołówstwu, lasom i tym podobnym. Kiedy otaczające ich naturalne środowisko jest niszczone, to problem ekologiczny bardzo szybko staje się problemem z zakresu praw człowieka. Jakie jest podstawowe prawo człowieka? Jak zdobyć żywność, ubranie, schronienie dla siebie i swojej rodziny? 

Nasza planeta się rozgrzewa. To prosty fakt. Ludziom trudno pogodzić się z tym, że wyemitowaliśmy już tyle gazów cieplarnianych, że nie zatrzymamy już zmian, które zmuszą dziesiątki czy setki milionów do porzucenia domów. 

Będzie napędzać kolejne konflikty i wojny. Prawie na pewno będzie napędzać nowe formy terroryzmu. Wytrąci z równowagi globalną gospodarkę, obniży nasze standardy życiowe i stworzy nowe wyzwania. To wspólna kwestia, wspólny problem. 

Żyjąc na Zachodzie czujemy się odizolowani, chronieni, ale ten problem dotrze do nas. Doświadczył już tego nawet najbogatszy, najpotężniejszy kraj świata. W 2005 r. USA z powodu huragan Katrina 800 tys. ludzi musiało uciekać z domu, 1800 zginęło, a zniszczenia osiągnęły wartość niemal 100 mld dol. Nawet w takim kraju zmiany klimatyczne będę miały ogromne skutki. 

Będziemy widywać zniszczenia na podobną i większą skalę o wiele częściej. Dlatego zająłem się tymi kwestiami. Uważam, że to problem definiujący epokę, w której żyjemy. Czuję się zobowiązany do tego, by przynajmniej spróbować coś zrobić. Rozumiem, jak wielkie są wyzwania. Widziałem je na własne oczy, ale - jak mówi przysłowie - lepiej zapalić świecę, niż przeklinać ciemność. 

Wspomniał pan, że skuteczniejsze i tańsze będzie działanie teraz niż w przyszłości, ale jakie działania mielibyśmy podjąć? Wiemy, że wielu efektów ocieplenia klimatu nie uda się już zatrzymać i że sytuacja się pogorszy bez względu na to, co zrobimy teraz. 

Po pierwsze, o działaniach na rzecz ochrony środowiska często mówi się w kategoriach kosztów. Łatwo można odwrócić ten argument i powiedzieć, że to jedna z największych oszczędności wszechczasów. Jest kilka istotnych kwestii, które możemy poruszyć, by przywrócić równowagę w przyrodzie. Wielu ludzi szuka rozwiązania w nowoczesnych technologiach. Bill Gates wspomina o możliwości wysysania dwutlenku węgla z powietrza, ale odpowiednia technologia jeszcze nie istnieje. 

Drzewa, trawa morska, mangrowce, torfowiska - wszystkie te systemy, jeśli się nimi zaopiekujemy, ochronimy i odtworzymy, zaczną wywierać wpływ na klimat, nie licząc licznych innych korzyści z nich płynących. 

Żyjemy w czasach pandemii. Kiedy rozrywamy środowisko naturalne i prowadzimy do tego, że w kontakt ze sobą wchodzą gatunki, które normalnie by się ze sobą nie zetknęły, to tworzymy stałe, wielkie ryzyko przeskakiwania na ludzi chorób odzwierzęcych. Jeśli nie zatroszczymy się o środowisko, to mamy gwarancję, że dojdzie do kolejnej pandemii.

Jest kilka rzeczy, które możemy zrobić szybko. Wiem, że kraje takie, jak Polska, głęboko uzależnione od węgla, mają poważny problem i rozumiem go. Uważam, że powinni w jego rozwiązaniu pomóc europejscy partnerzy. Mój kraj, Wielka Brytania, korzystał z węgla dłużej, niż jakikolwiek inny i zapewne jest odpowiedzialny za problem bardziej, niż jakikolwiek inny. Musimy pomóc, opracowując technologie, zapewniając finansowanie i oferując wsparcie na różne sposoby. Musimy stworzyć gospodarkę opartą na odnawialnych źródłach, na energii wiatrowej, słonecznej, pływowej, energii fal. Widzimy już, jaki ma ona wpływ na zatrudnienie choćby w USA. Programy tworzenia odnawialnych źródeł energii to tam dziś jedno z największych źródeł miejsc pracy. To da się zrobić. Na tym można zarobić pieniądze. Rządy są tu kluczowe, bo mogą tworzyć zachęty. Muszą opodatkować paliwa kopalne bardziej, a odnawialną energię mniej. Muszą wspierać ten rozwój. 

10 lat temu większość komentatorów mówiła, że nie przestawimy się na energię odnawialną. Tymczasem zobaczmy, co wydarzyło się w ubiegłym roku w Portugalii, Wielkiej Brytanii, Szkocji, gdzie większość energii już pochodzi właśnie z takich źródeł. Ten proces nastąpił nawet bez zdecydowanych działań ze strony rządu. Jeśli wykorzystamy tę samą energię, którą zaprzęgnięto do walki z COVID-19 i włożymy ją w walkę z kryzysem klimatycznym, zmiany nastąpią bardzo szybko. To może całkiem dosłownie, i wiem, że brzmię nieco melodramatycznie, ale wierzę, że to może ocalić nasze społeczeństwa, nasz świat i ochronić przyszłość naszych dzieci i wnuków, które będą nieskończenie bardziej szczęśliwe, bezpieczne i zdrowsze niż będą jeśli nie zrobimy niczego. 

Wiem, że rządy próbujące dokonać tej transformacji mają przed sobą potężne wyzwanie. Nawet jeśli założymy, że naprawdę przejmują się problemem, to myślą w perspektywie kolejnych wyborów. To trudne. 

Jest jeszcze jedna kwestia. Jeśli przyjrzymy się globalnemu systemowi energetycznemu, to zobaczymy, że jest zbudowany tak, by korzyści czerpali z niego nieliczni. Zwykle są to wielkie, często międzynarodowe firmy. Jedna czwarta planety nadal jest uboga w energię. W Sierra Leone czy Liberii ludzie nie mają niemal niczego. Gdy dostają odnawialne źródła energii, zmiana jest oszałamiająca. Rodziny dostają darmową energię, która będzie do nich płynęła przez 10 czy 20 lat. Wcześniej musieli kupować ropę do generatorów. Bywałem w wioskach, w których rodziny wydawały jedną trzecią swoich dochodów tylko po to, by mieć światło i możliwość ugotowania posiłków. Energia odnawialna jest wielką siłą demokratyzującą, oswobodzicielską, zwłaszcza dla najbiedniejszych. 

Donald Trump przez całą swoją prezydenturę próbował wskrzesić branżę węglową, ale nie zdziałał niczego, bo pozyskiwana tak energia była już zbyt droga. Inwestorom bardziej opłacało się stawiać elektrownie wiatrowe i słoneczne. 

To bardzo ciekawa kwestia. Jeśli przyjrzymy się pakietom stymulującym światowe gospodarki po pandemii, to łącznie są już warte około 10 bln dol. Niektórzy komentatorzy spodziewają się, że osiągną 20 bln. Gdybyśmy zaledwie 5 proc. tej kwoty przeznaczyli na przestawienie się na energetykę odnawialną, to by było więcej, niż potrzeba. Okazuje się, że zawsze mieliśmy możliwość przestawienia naszych gospodarek na bardziej przyjazne środowisku tory, ale ucierpiałyby na tym interesy zbyt wielu firm, które ostro z tym walczyły. 

Nie chcę bawić się w tanią psychologię, ale szokujący jest brak wizji, jaki demonstrowali nasi przywódcy. Nieliczni chcieli patrzeć w przyszłość. My mieliśmy premier Margaret Thatcher, która zamknęła kopalnie, bo były nieopłacalne. Nasza ropa naftowa na Morzu Północnym zaczęła się wyczerpywać. Nam było więc stosunkowo łatwo. Innym państwom będzie znacznie trudniej.

Jestem optymistą, ale po raz pierwszy w moim dorosłym życiu zacząłem poważnie bać się o przyszłość. Nie swoją. Jestem starym koniem i miałem wspaniałe życie oparte na paliwach kopalnych. Spojrzałem jednak na dzieci. One będą żyć w bardzo trudnym świecie. Nawet jeśli zaczniemy działać już teraz to presja, pod jaką się znajdą, będzie duża. Mam nadzieję, że będę z tym dalej walczył zamiast przejść na emeryturę na jakiejś tropikalnej wyspie. 

Która za parę lat może znaleźć się pod wodą. 

Dokładnie.

Mówi pan, że energia odnawialna jest siłą demokratyzującą, co sprowadza nas do zasadniczej działalności waszej fundacji, czyli zbiegu kwestii klimatycznych i praw człowieka. W jaki sposób dziś te dwie kwestie na siebie wpływają?

Wróćmy do tej liczby, o której wspomniałem na początku: 10 mln ludzi zmuszonych do ucieczki z domów w pół roku przez ekstremalne zjawiska pogodowe. Te kataklizmy są napędzane zużyciem paliw kopalnych. Jakie ci uciekający ludzie mają prawa? Jakie mają środki dochodzenia tych praw? Nawet jeśli pozostają w granicach tego samego państwa, to często nie otrzymują niemal żadnej pomocy i nie ma żadnych ram prawnych, na mocy których mogliby się pomocy domagać. Jest jeszcze gorzej, jeśli spojrzymy na migracje ponadgraniczne. Bez względu na to, czy mówimy o migracjach wywołanych przez jedno katastrofalne zjawisko, czy też zmiany następujące stopniowo, takie jak pustynnienie czy susze, które sprawiają, że nie jesteś w stanie uprawiać ziemi, że twoje zwierzęta padają, drzewa nie owocują. Co możesz zrobić? Dokąd się udać? Jeśli opuścisz swój kraj, najczęściej zostajesz z niczym i tracisz jakiekolwiek prawa. Nie masz prawa do mieszkania, do sądu, do odszkodowania. 

Na Konferencji Stron Porozumienia Paryskiego trwała debata dotycząca odszkodowań za straty. Ci ludzie nie dostają na razie niczego. Mieszkańcy najbiedniejszych krajów stają się coraz biedniejsi, a kiedy z konieczności przenoszą się do innych państw, tracą nawet wszystkie prawa. Innym przykładem jest rosnący poziom oceanów, który, co wydaje się już oczywiste, doprowadzi do zalania małych, wyspiarskich krajów. W niedalekiej przyszłości dojdzie do sytuacji, w których wszyscy mieszkańcy kraju tracą ziemię. Dokąd mają się udać? Jakie mają prawa? Kto nada im te prawa? 

W miejscach takich, jak Sierra Leone czy Liberia, życie staje się coraz trudniejsze, bo nielegalne połowy prowadzone przez statki rybackie z Europy czy Korei Południowej zabierają tym ludziom wszystkie ryby. A bez ryb te społeczności nie mają nic, nie są w stanie wyżywić rodzin. Nie stać ich nawet na naftę do lampy. 

Prawa człowieka to nie jest mglista idea, tylko prawo do przetrwania, do jedzenia, czystej wody i dachu nad głową. To są najbardziej podstawowe prawa człowieka, a my dosłownie odbieramy je ludziom w wielu krajach. 

Jeśli dobrze rozumiem sytuację, to dziś największą grupę uchodźców klimatycznych stanowią ci, którzy są dotknięci kataklizmami naturalnymi, ale w przyszłości największym problemem będą ludzie, którzy stracą wszystko, bo miejsca, w których dziś żyją, przestaną się do tego nadawać. 

Wiemy, że tempo zmian przyspiesza. Skala też. To największy powód do obaw. Wszyscy pamiętamy Arabską Wiosnę z 2015 r. i wpływ, jaki fala uchodźców miała na Europę. Można powiedzieć, że doprowadziła do wzrostu popularności skrajnie prawicowych ugrupowań. Niemal obaliła najpotężniejszego polityka Europy, czyli kanclerz Merkel. Tymczasem w kontekście naszej rozmowy o zmianach klimatu, tamta fala uchodźców była niewielka. 

Chcę powiedzieć europejskim przywódcom, że w ich własnym interesie jest rozwiązanie tego problemu, stworzenie ram prawnych oraz harmonijne, jednogłośne współdziałanie. Nie ma idealnych rozwiązań, ale jeśli uznamy, że doskonałe jest wrogiem dobrego, to możemy dojść do dobrych rozwiązań. Dzisiejsza postawa polityków, polegająca na unikaniu problemu, już nie działa. A ten problem się do nas zbliża. 

Polityka migracyjna jest bardzo trudna, a politycy poprowadzili ją źle. Rozumiem, że pojawienie się wielkiej liczby ludzi wyznających inną religię, mających inne nawyki, zwyczaje, sposób życia może prowadzić do konfliktów, może być niewygodne, ale pamiętajmy, że na każdego człowieka, który emigruje do świata zachodniego, o wiele większa liczba emigruje wewnątrz lub pomiędzy krajami globalnego południa. 

Skala ludzkiego nieszczęścia towarzyszącego tym rzekom migracyjnym będzie przytłaczająca i doprowadzi do konfliktów, w tym wojen wewnątrz i pomiędzy krajami. Takie konflikty mają zwyczaj się rozlewać. 

Żyjemy na zatłoczonej planecie. Jeśli spojrzymy na projekcje przyszłości - i nie szukam tutaj nawet czarnych scenariuszy - to zobaczymy, że niedługo na Ziemi będzie 7-8 mld ludzi. Zaostrzy się rywalizacja o surowce naturalne. Jeśli o nie nie zadbamy, jeśli nie zadbamy o ryby, o lasy, ta rywalizacja doprowadzi do konfliktów. Jeśli cofniemy się do 2015 r., to ważne jest, byśmy pamiętali, że oprócz brutalnej polityki i innych przyczyn wojny domowej w Syrii, to zanim jeszcze oddano tam pierwszy strzał, milion ludzi migrowało wewnątrz tego kraju na skutek wieloletniej suszy, która zniszczyła plony. To zwiększyło zagrożenie konfliktem, jego skalę i intensywność. 

Lubię cytat z pewnego amerykańskiego polityka, który mówił, że “gospodarka to spółka w 100 proc. należąca do środowiska". Bez bezpiecznego środowiska, bez zasobów naturalnych, bez podstawowych mechanizmów, które sprawiają, że nasza planeta nadaje się do zamieszkania tworzonych przez środowisko naturalne, wszyscy będziemy cierpieć. Czy jesteś Amerykaninem, Liberyjczykiem, Arabem, Żydem, Europejczykiem czy kimś z globalnego Południa, wszyscy mamy w tym wspólny interes. Jeśli nauczymy się choćby częściowo współpracować, rozwiążemy problem. Możemy uniknąć najgorszego, ale czas na działanie jest jteraz. To nie jest histeria ani przenośnia ani retoryka. Jeśli spojrzymy na dane naukowe, jesteśmy bliscy punktu bez powrotu. Powinniśmy go uniknąć.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje