Reklama

Walka z marnowaniem żywności na poziomie śmietnika

Zdobywanie jedzenia ze śmietników staje się coraz popularniejsze. Tylko czy moda na freeganizm nie przesłoniła problemu, jakim jest marnowanie jedzenia?

Polacy marnują rocznie około 9 mln ton żywności. Pod tym względem jesteśmy w niechlubnej czołówce w Unii Europejskiej. Najwięcej marnujemy w domach. Prawie połowa żywności jest wyrzucana do koszy w naszych mieszkaniach. To ponad 230 kg na obywatela rocznie. To znaczy, że wracając z zakupów z trzema siatkami, jedną możemy od razu wyrzucić. W sklepach i hurtowaniach marnowanych jest kolejnych 5 proc. żywności. 

Różnica polega na tym, co jest wyrzucane. O ile w domach, restauracjach, czy barach zazwyczaj wyrzucamy jedzenie napoczęte lub przetworzone, sklepy pozbywają się zazwyczaj nienaruszonej żywności, która jest na granicy przydatności, lub właśnie ją przekroczyła. 

Reklama

Tutaj należy wspomnieć o jednej rzeczy - Banki Żywności ani inne organizacje pożytku publicznego, zgodnie z obowiązującym prawem, nie mogą przyjąć przeterminowanego jedzenia. To trafia do koszy, a znaleźć je tam mogą freeganie. 

Freeganizm. Z czym to się je?

Internet zasypują zdjęcia znalezisk ze sklepowych śmietników. Freeganie jednak podkreślają, że to tylko część tego, co robią. -  Freeganizm polega na pozyskiwaniu różnych towarów, m.in. żywności, i innych produktów, czy sprzętów za darmo. Można samodzielnie wybrać się na skipa, czyli pod śmietnik, można także dzielić się jedzeniem z innymi za pomocą portali społecznościowych czy jadłodzielni. Freeganizm to szerokie pojęcie - mówi Katarzyna Nagórska, freeganka i autorka blogu klawawarszawianka.pl

Czy takie działania są legalne? Tutaj opinie są podzielone. Zdaniem Renaty Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD), "działanie takie wiąże się z kradzieżą odpadu, który był wcześniej żywnością oraz często uszkodzeniem zabezpieczeń/zamknięć pojemników na odpady (zniszczenie mienia sklepu), co stanowi przestępstwo". 

Zdaniem prawników, na których powołuje się Bezprawnik.pl, samo zabranie żywności ze śmietnika nie byłoby przestępstwem, choćby z powodu niskiej szkodliwości takiego czynu. Problemy mogą się pojawić, kiedy przeskoczymy płot lub uszkodzimy kłódkę zabezpieczającą dostęp do śmietnika. Wśród argumentów przeciw karaniu za takie działania, prawnicy wymieniają niską wartość śmieci. Zatem za freeganizm raczej przed sądem nie staniemy, chyba że np. zniszczymy śmietnik. 

Co ciekawe, zdaniem Katarzyny Nagórskiej, w koszach nie powinno znajdować się jedzenie, które możemy zabrać do domu. Aktywistka twierdzi, że w większości regulaminów sklepów zapisano, że towar powinien być tak wyrzucony, by nie był zdatny do dalszego użytku. Jednak problemem są koszty, które wygenerowałoby takie niszczenie. Według blogerki, "w teorii, nie powinniśmy mieć możliwości znalezienia jedzenia w sklepowych kontenerach. W praktyce jest zupełnie inaczej". 

Świadomość, głupcze!

Czy żywność ze śmietnika jest bezpieczna do spożycia? Tu żaden z naszych rozmówców nie odważył się dać jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony freeganie, z którymi rozmawialiśmy, żyją w ten sposób od kilku bądź kilkunastu lat i są zdrowi. Z drugiej, sklepy przypominają, że żywność trafia do pojemnika, który nie dość, że nie jest chłodzony, to do tego może się nagrzewać. Dużo zależy od tego, co jest w koszu. Zdrowo wyglądające warzywa i owoce, a także produkty, które są szczelnie zapakowane, jak np. słodycze, nie powinny nam zaszkodzić. Z drugiej strony mięso, nabiał i jaja mogą nas otruć. 

Nagórska podkreśla, że to, co ląduje w sklepowych śmietnikach, to końcowy efekt łańcucha marnotrawstwa. Do sklepu nie trafią produkty, których opakowania są uszkodzone. Wyrzucone będą też brzydko wyglądające owoce i warzywa. Proces selekcji zaczyna się już na polu. Zdaniem blogerki, potrzebne są kolejne regulacje, które pomogą w nadzorowaniu procesu produkcji jedzenia od pola, aż po sklep. Jak podkreśla, "banan nie powinien trafić do śmietnika, tylko dlatego, że ma plamkę". - Jedzenie, które się nie sprzedało, a któremu zbliża się koniec daty przydatności do spożycia, powinno odpowiednio wcześniej trafiać do Organizacji Pożytku Publicznego. Zwiększone powinny też być kary dla supermarketów, ale w taki sposób, aby nie mogły zostać przerzucone na konsumenta. Poza tym, kto może sprawdzić, ile faktycznie jedzenia jest wyrzucane? - pyta Nagórska. 

Sklepy odpowiadają: sprawdzamy żywność oraz łańcuch chłodniczy, a także przeceniamy jedzenie, które ma się przedawnić. Prezes Renata Juszkiewicz podkreśla, że sieci handlowe współpracują m.in. z bankami żywności oraz Caritasem.  Wraz z partnerami prowadzą kampanie informacyjne, oraz szykują zbiórki jedzenia przed Świętami Bożego Narodzenia oraz Wielkanocną. 

Zdaniem Katarzyny Nagórskiej zmienia się świadomość społeczna tego problemu. - 10 lat temu nie było takiego zainteresowania składem produktów, a klienci często nie sprawdzali, co kupują. Dzisiaj jest inaczej - wiedza i świadomość wzrosły. Podobnie może być z marnowaniem żywności - tłumaczy blogerka. Jej zdaniem "musimy przykładać większą wagę i staranność do edukowania się w tym temacie, aby minimalizować straty".

Marnotrawione owoce (i warzywa) pracy

Problem tkwi w systemie. W zeszłym roku Polska przyjęła prawo, zgodnie z którym sklepy muszą podpisać umowę z organizacją pożytku publicznego oraz płacić 10 gr za każdy wyrzucony kilogram jedzenia. Problem w tym, że supermarkety potrafią mieć dziennie obrót rzędu kilkudziesięciu, a nawet kilkuset tysięcy zł. Z kolei tona wyrzuconego jedzenia kosztuje...sto złotych. Choć firmy tego nigdy nie przyznają, bardziej opłaca się wyrzucać jedzenie, niż je odpowiednio przekazywać. 

Polska nie posiada także żadnego jednolitego systemu przekazywania żywności. Domy opieki, schroniska dla bezdomnych, banki żywności oraz ośrodki pomocy nie są objęte żadnym systemem na poziomie gminy czy województwa. Wszystko odbywa się na linii sklep - organizacja pożytku publicznego. Niektóre banki żywności mogą być przepełnione, w innych może brakować żywności. Wspólny system, który zapewnia jednocześnie odbiór i transport jedzenia, byłby ułatwieniem zarówno dla sklepów, jak i dla organizacji. 

Tu pojawia się pytanie: kto za to zapłaci? Renata Juszkiewicz zapewnia, że obecnie trwają rozmowy z organizacjami charytatywnymi ws. zmian w prawie. Chodzi o to, by przekazywać żywność po terminie przydatności do spożycia, pod warunkiem, że będzie bezpieczna. 

Tak jak bywa w wielu sprawach w Polsce, problem zaczyna się w Sejmie i tam też może się skończyć. Odpowiednie prawo oczywiście nie zagwarantuje 100 proc. skuteczności, jednak pozwoliłoby znacznie ograniczyć marnowanie jedzenia.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy