Podróż rowerem po kraju, którego już nie ma

II RP to "egzotyczny kraj, który powstał niedawno, ale ma spore ambicje". Oglądamy ją oczami Bernarda Newmana, angielskiego dżentelmena, który przemierzał ją na rowerze. Tamtej Polski już nie ma, choć po niemal 90 latach możemy ją zobaczyć dzięki pisarzowi, podróżnikowi i… szpiegowi.

"Gdy mój język uporał się z takimi miastami jak Bydgoszcz, Częstochowa i Przemyśl, niczego się już w Polsce nie bałem" - pisze Bernard Newman. Publikujemy fragment niezwykłego reportażu "Rowerem przez II RP", który ukazał się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

***

Następnie zacząłem uczyć się słówek: dzień dobry, proszę, dziękuję, czy to droga do...? Pokój, spać, lunch, obiad, śniadanie. Wołowina, cielęcina, wieprzowina, baranina, ziemniaki, kapusta. Woda, szynka, kurczak, jajka, liczebniki główne i dni tygodnia, tak, nie, rower. Znam te słowa w kilkunastu językach i mogę z nimi objechać cały świat. Zanim opuściłem przemiły statek, dorzuciłem do nich wiele innych, wznosząc się nawet na wyżyny etykiety w zwrocie "całuję rączki".

Reklama

George, mój rower, przeżył straszliwą podróż, a przynajmniej tak mi powiedział. Trafił do ładowni, upchnięty razem z partią angielskich maszyn przeznaczonych dla Rumunii - z niejakim zaskoczeniem dowiedziałem się, że większa część handlu między Rumunią a Anglią przechodzi przez polskie porty i koleje. George był wyraźnie podenerwowany, ponieważ obawiał się, że razem z maszynami zostanie odesłany do Rumunii. Miał jak najgorsze wspomnienia z naszej ubiegłorocznej wyprawy do tego kraju, kiedy to znaczną ilość czasu spędziliśmy na posterunkach policji. Dlatego niezwykle się ucieszył, kiedy w Gdańsku go oswobodziłem, lecz ponownie popadł w przygnębienie, gdy - jak już opisywałem - po pięciu minutach wpadliśmy w ręce policji. Niepotrzebnie jednak się martwił. Miało upłynąć wiele tygodni, nim po raz kolejny usłyszeliśmy nieprzyjazne słowa.

Spokojne morze, świetna kompania i zadowolona załoga; energiczne ćwiczenia z Bennami i śpiewy w nocy. Trzy dni miłego wypoczynku przed rozpoczęciem ciężkiej pracy. Pożegnałem się i skierowałem w stronę Wolnego Miasta Gdańska, miasta legend, romansów i rzeczywistości. Gdańska, jednego z newralgicznych punktów Europy.

Dobrą godzinę stałem na moście spinającym brzegi Motławy, zafascynowany życiem toczącym się obok mnie i pode mną. Po lewej ręce miałem szereg starych domów ze szczytowymi dachami, a perspektywę wieńczył wiekowy Żuraw, który dzielnie pełnił służbę przez wiele stuleci. Naprzeciwko wznosił się rząd szachulcowych spichrzów, niewiarygodnie wprost malowniczych. Zacząłem jeździć po okalających je uliczkach. Niektóre z nich były nieprawdopodobnie wąskie, niektórymi zaś biegły tory kolejowe, doprowadzone pod tylne drzwi spichlerzy. Na widok nadjeżdżającego pociągu inne pojazdy muszą ustąpić z drogi, tak więc z - niepotrzebnym - niepokojem zawróciłem spiesznie na most.

Za Gdańskiem rozciąga się pasmo łagodnych, zielonych wzgórz; z ich wierzchołka ujrzałem po raz pierwszy sporny  teren "korytarza" polskiego. Byłem mile zaskoczony. Nie zawsze obszary, na których skupia się zainteresowanie polityczne, są tak szczodrze obdarowane przez naturę. Przede mną jednak rozpościerał się łagodnie pofalowany krajobraz, upstrzony rozrzuconymi na wzgórzach i w kotlinach łatkami lasów, i gdyby nie to, że kraina ta była znacznie silniej poddana działalności rolniczej, mógłbym sądzić, że znajduję się wśród wzgórz Chilterns.

Wjechałem do Polski bez zbędnych formalności, przyodziana w zielone mundury straż graniczna była kwintesencją kurtuazji. Teraz wytężałem wzrok i słuch, bo jeśli Gdańsk jest interesujący, to "korytarz" wprost fascynuje. Gdy politycy przedstawiają problemy tego regionu, zapominają dodać, jak urokliwe to ziemie. Północna ich część, czyli zasadniczy "korytarz", znana jest pod nazwą Szwajcarii Kaszubskiej. Górnolotne miano, lecz okolicę cechuje tak niespodziewana uroda, że można wybaczyć tę przesadę. Kartuzy stanowią centrum regionu obejmującego kilkaset jezior, niektórych niezwykle malowniczych, innych zaś zwyczajnych. Większość z nich znajduje się wysoko wśród wzgórz, bo jest tam kilka głębokich dolin. Niekiedy trawa miękko przechodzi w wodę, a niekiedy granicę jeziora wyznacza strome zbocze pola lub lasu.  CZYTAJ DALEJ 


Podobał ci się ten materiał? Jeszcze więcej w ramach akcji "Korba na rower":

Pojazd przyszłości masz już w domu. Rewolucja w miejskim transporcie 

Masz większe szanse umrzeć przed komputerem niż na rowerze. Nie wierzysz? 

Koniec ery samochodów? Nadchodzą miasta dla rowerów

Nie dla szpanu, nie dla sportu. Rewolucja rowerowej normalności

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy