Reklama

Ostatni raport IPCC miał być "czerwonym alarmem" dla ludzkości, ale ostrzeżenia pojawiają się co najmniej od 20 lat, a ludzkość zdaje się tym nie przejmować. Realizuje się czarny scenariusz klimatyczny, który opisywał pan w swoich książkach? 

Mark Lynas: IPCC potwierdziło, że przekroczyliśmy już granicę i nie da się powstrzymać ocieplenia klimatu poniżej poziomu 1,5 st. Celsjusza, chyba że wydarzy się coś zupełnie niewyobrażalnego. Na przykład usunięcie biliona ton CO2, które już trafiły do atmosfery, albo osiągnięcie zerowych emisji netto w ciągu 5-10 lat na całym świecie. Wiadomości są więc złe, choć mogliśmy się ich spodziewać.

Dość dobrze wiedzieliśmy, jaki jest nasz budżet węglowy do osiągnięcia poziomu 1,5 st., a jaki do poziomu 2 st. Raport IPCC zawęża jedynie pole niepewności i klarowniej rysuje przyszłość, jakiej możemy się spodziewać. Za każdym razem raporty IPCC powodują pojawianie się takich samych apokaliptycznych nagłówków, ale w jakim stopniu prowadzi to do realnych zmian, jest dyskusyjne.

To może do myślenia dadzą nagłówki o absolutnym rekordzie temperatur w Europie - 48,8 st. na Sycylii?

W mojej książce opisuję wpływ, jaki globalne temperatury będą wywierać na całą planetę. To, że notowane wcześniej w Afryce Północnej temperatury zaczną być rejestrowane w Europie, było jedną z pierwszych konsekwencji ocieplenia planety. Sycylia jest położona dość blisko Tunezji. Widzimy więc, że północnoafrykańska strefa klimatyczna zaczyna przekraczać Morze Śródziemne. Wraz z nią nadchodzą wysuszanie, rosnące temperatury, pustynnienie i pożary.

Efekty będą coraz bardziej nieprzewidywalne, a raport IPCC definitywnie potwierdził, że są bezpośrednim rezultatem ocieplania klimatu. 

Znaleźliśmy się w punkcie, w którym klimat nie przypomina niczego, co znałby nasz gatunek od początku swego istnienia.

Jest cieplej, niż w jakimkolwiek innym momencie Holocenu. Musielibyśmy się cofnąć do okresu poprzedzającego ostatnie zlodowacenie. Podobne do dzisiejszych temperatury mogły panować 25-100 tys. lat temu, choć jest prawdopodobne, że już jest cieplej niż wtedy. Żeby być pewnym, że trafimy na okres, gdy globalna temperatura odpowiadała dzisiejszej, musielibyśmy cofnąć się do Pliocenu, czyli o jakieś 3,5 mln lat. Wtedy po raz ostatni na świecie panowały temperatury podobne do tych, które będziemy odczuwali w ciągu następnych dziesięcioleci. Tyle że wtedy nie mieliśmy do czynienia z gwałtownymi wzrostami temperatury liczonymi w dekadach, a z długotrwałymi, stopniowymi przemianami klimatu wywołanymi erupcjami wulkanicznymi czy zmianami w orbicie Ziemi.

Antropogeniczne zmiany klimatu trwają zaledwie od kilkudziesięciu lat. Czy to oznacza, że widzimy dopiero początki tego, jak zareaguje na nie cały system? To dopiero wstęp?

Tak, a najlepiej widać to w przypadku wzrostu poziomu morza. To proces, który zajmuje bardzo dużo czasu. Już dziś może być dostatecznie ciepło, by stopiła się cała pokrywa lodowa Grenlandii, co spowoduje wzrost poziomu mórz o 6-7 metrów. Ale to nie wydarzy się za rok i zapewne nie wydarzy się nawet przed końcem tego stulecia. Cały proces potrwa kilkaset lat. To samo dotyczy Antarktyki. W ciągu kilku stuleci poziom mórz wzrośnie o wiele metrów, choć do 2100 r. osiągniemy zapewne wzrost o 1-2 metry. To wystarczy do zatopienia małych wyspiarskich państewek, ale nie będzie końcem cywilizacji. Groźniejsze będą fale ekstremalnych upałów czy postępujące trudności z wyżywieniem populacji świata.

Bardzo ostrożnie podchodzę do przekazów mówiących, że jest za późno. Jest z pewnością zbyt późno, by zatrzymać wzrost temperatur, które będą rosły przez najbliższych 20 lat, ale potem działania, które podejmujemy teraz, zaczną wywierać wpływ na temperaturę. Więc nie, nie jest za późno, by ocalić planetę przed najbardziej apokaliptycznymi scenariuszami. Nie sądzę, by najnowszy raport IPCC miał pozostawiać kogokolwiek w przeświadczeniu o tym, że jesteśmy zgubieni. On pokazuje, że mamy wciąż czas, by zapobiec najgorszemu, więc to w pewnym sensie optymistyczny przekaz.

To zależy od tego, co z tym raportem zrobią decydenci. 

Każdy kraj ma inne wyzwania. Polska musi pozbyć się węgla. To ogromne wyzwanie, bo to wielki sektor gospodarki, z wieloma pracownikami, związkami zawodowymi, od którego zależy życie wielu ludzi. Co więc zrobić? Ja głosowałbym za dużymi inwestycjami w energetykę jądrową. To najprostszy substytut, świetnie płatne miejsca pracy i bezpieczna technologia o minimalnym wpływie na krajobraz. W przeciwieństwie do odnawialnych źródeł energii, które wymagają stawiania turbin wiatrowych i paneli słonecznych, wymagających dużych powierzchni i na przykład wycinania lasów. 

Często nie biorą pod uwagę, że to doprowadziłoby do wielkich zmian w krajobrazie. Jeśli jednak dodamy do miksu energię atomową, możemy to zrobić. To lepsze dla Ziemi. Co jest ironią losu, bo większość ludzi uważa inaczej.

Ironią w tym kontekście jest też to, że wiele organizacji środowiskowych jest przeciwnych energetyce jądrowej, co pewnie wiąże się z tym, że niektóre z nich wywodzą się jeszcze z ruchów antywojennych z lat 60. 

Dokładnie. To ma długą historię. Tyle że to odziedziczona, historyczna ideologia, którą należy ponownie przeanalizować. Dziś naszym głównym zagrożeniem jest katastrofa klimatyczna. Nie możemy pozwolić sobie na rezygnację z obiecującego, ważnego źródła bezemisyjnej energii. W tym kontekście przykładem mogą być działania niemieckich Zielonych, które doprowadziły do uzależnienia Niemiec od węgla na następne dwie dekady i emisji kolejnego miliarda ton CO2. Są jednak znaki, że to podejście się zmienia. Sam byłem przeciwnikiem energii jądrowej, ale kiedy zacząłem pisać o zmianach klimatu to się zmieniło.

Tyle że budowa farmy fotowoltacznej czy wiatrowej trwa kilka miesięcy, a Polska przymierza się do budowy elektrowni jądrowej od lat. Czy tempo, w jakim możemy przechodzić na energetykę jądrową, nie jest zbyt wolne?

To zależy od technologii. Zaawansowane technologie konstrukcji reaktorów już zdecydowanie różnią się od dawnych rozwiązań, a będą tańsze i o wiele szybsze w budowie. Mogą też łatwiej dawać się skalować. Powinniśmy w nie o wiele więcej inwestować, bo są obiecującym narzędziem ograniczania zmian klimatu. Panele słoneczne działają przez 20 lat. Elektrownie jądrowe mogą pracować przez stulecie. Duże reaktory, takie jak te stawiane w Wielkiej Brytanii, Francji czy Finlandii są drogie i nie sądzę, żeby były najlepszą możliwą technologią. Jasne jest jednak, że energetyka jądrowa działa. W ciągu ostatnich 50 lat dostarczyła około 20 proc. całego prądu na świecie. Powinniśmy dążyć do tego, by ją dalej rozwijać.

To wymaga inwestycji w badania, a po Fukuszimie nastąpił od nich gwałtowny odwrót.

Najbardziej energii jądrowej obawiają się Niemcy. Nie wiem, może spodziewają się tsunami w Bawarii? To absurd. Programy budowy konwencjonalnych reaktorów rzeczywiście zwolniły, a niektóre kraje niestety postanowiły przedwcześnie zamknąć swoje istniejące elektrownie, ale zaawansowane technologie jądrowe wyglądają już bardzo obiecująco. Dlatego w ten sektor coraz bardziej angażują się ludzie tacy, jak Bill Gates i inni miliarderzy. Widzą potencjał. 

To może być tania energia, dająca się skalować, o minimalnym wpływie na środowisko. Paliwem mogą być nawet istniejące już odpady jądrowe. To sposób na stworzenie miast neutralnych emisyjnie, co byłoby świetnym interesem.

Sektor energetyczny to oczywiście największy problem, ale jest jednym z wiele innych wymagających zmian, by dojść do zerowych emisji netto. Wystarczy nam uporu, woli i pieniędzy, żeby dokonać transformacji w zasadzie we wszystkich aspektach?

Już dziś widać zwrot w stronę niskoemisyjnych technologii. Tam idą inwestycje. W przypadku energii odnawialnej tempo wzrostu jest fenomenalne. To dziś najtańsza dostępna technologia. Doskonale sprawdza się nawet państwach rozwijających się, choć zapewne dzisiejsze tempo nie jest jeszcze wystarczające, by zupełnie zrezygnować z paliw kopalnych. Powinniśmy już teraz zaprzestać budowy infrastruktury dla paliw kopalnych i zacząć zamykać istniejące elektrownie węglowe. Czy tak zrobimy? Nie wiem. 

Jeżdżę dziś samochodem elektrycznym. Moim poprzednim autem był diesel. Nie odczułem wielkiej różnicy. Po prostu ładuję go w domu. Większą przemianą mogą być zmiany w żywieniu. Przestawienie się na alternatywne źródła białka, stopniowe odchodzenie od tradycyjnego rolnictwa w przypadku sporej części spożywanych przez ludzi kalorii. To kolejna wielka szansa na przywracanie naturalnych obszarów i zalesianie. Oddawanie naturze ziemi, której nie będziemy już potrzebowali do wypasu bydła czy owiec, bo białko będziemy produkować bezpośrednio dzięki energii, syntezie chemicznej czy biotechnologii.

Odnoszę wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku lat ludzie zmienili zdanie co do tego, z jak poważnym problemem się mierzymy. Na wzrost globalnej temperatury wielu patrzyło przez pryzmat pogody, twierdząc, że to, iż dziś jest 20 st., a jutro będą 22, to nie jest wielka różnica. Ale pożary w Australii, USA, na Syberii, powodzie w Niemczech czy tornado w Czechach sprawiły, że zaczynają rozumieć, że nie mamy do czynienia z problem odległej przyszłości tylko ze zmianami, które już zachodzą.

Tak, a to dopiero jeden stopień ocieplenia. Jeden stopień oznacza 48,8 st. na Sycylii i 200 ofiar powodzi w Europie. Jeden stopień oznacza, że całe miasteczka są niszczone przez apokaliptyczne pożary. Dodajemy do tego kolejne stopnie. Ludzie zaczynają rozumieć na bardzo głębokim, emocjonalnym poziomie, co stanie się z planetą, jeśli do tego dopuścimy.

Pana książki otwierają oczy na konsekwencje tego procesu. Jak będą wyglądać, powiedzmy, następne dwa najbliższe stopnie ocieplenia? To jest może nas czekać w tym stuleciu. 

Jeśli pozostaniemy na ścieżce bardzo wysokich emisji, możemy osiągnąć nawet 6 st. Celsjusza. To możliwe, jeśli nadal będziemy stawiać nowe elektrownie węglowe, choć to coraz mniej prawdopodobne. Trzy czwarte największych gospodarek na świecie wyznaczyło już cele osiągnięcia zerowych emisji netto.

Nadal jednak możemy spodziewać się katastrofalnych skutków ocieplenia w krótkiej perspektywie. Różnica między ociepleniem o 1,5 st. a ociepleniem o 2 st. to śmierć wszystkich raf koralowych na świecie. Może uda się uratować jakieś 2 proc. ich powierzchni, ale ekosystem tropikalnych raf koralowych zniknie. Jednocześnie stracimy sporą część światowych górskich lodowców, a to wpłynie na dostępność wody w dolinach, na przykład w Azji Południowej i Wschodniej. Ekstremalne fale upałów już dziś są większym problemem niż ktokolwiek się spodziewał. 

Kiedy wystarczająco wzrasta temperatura, ludzie nie są w stanie schładzać się przez pocenie. To oznacza, że jeśli wyjdziesz na zewnątrz, poza sztucznie utrzymywane środowisko, umrzesz z przegrzania. Im dłużej będą trwały takie warunki, tym mniej zdatne do zamieszkania staną się takie miejsca. Dziś mieszka tam pół miliarda ludzi. To widać już dziś, a efekt stanie się o wiele wyraźniejszy w miarę zbliżania się do ocieplenia o 2 st. Celsjusza.

Następuje ogromna przemiana. Dlatego adaptacja do zmian staje się coraz istotniejszym tematem we wszelkich negocjacjach klimatycznych. Od zdolności do adaptacji zależy na przykład to, czy przeżyjesz przyszły tydzień, jeśli mieszkasz w Bangladeszu i zbliża się tajfun. Ale od zapobiegania i ograniczania skutków ocieplenia zależy to, czy przetrwamy do drugiej połowy stulecia.

Jest taka szkoła myślenia, która mówi, że skoro potrafimy mieszkać na Antarktydzie i Saharze, skoro potrafimy wylądować na Księżycu, to damy radę przystosować się do wszystkich możliwych zmian. 

Tak, tacy ludzie mogą wszyscy wejść na pokład następnej rakiety Jeffa Bezosa i polecieć na Wenus skoro tak podobają im się takie warunki. Są różne formy denializmu, ale nie poświęcam im już zbyt wiele uwagi. Nie sądzę, żeby były już bardzo istotne. Zwłaszcza teraz, gdy cały kierunek rozwoju gospodarki jest nastawiony na dekarbonizację. To było coś, czego musieli domagać się ludzie, co musieli przegłosować politycy, ale do czego potrzebowaliśmy też technologii i przemian gospodarczych. Dziś to najlepsze inwestycje. Jeśli masz miliard dolarów, to nie zainwestujesz ich w elektrownię węglową, tylko w ogromną elektrownię słoneczną, produkującą zielony wodór.

Siły rynkowe czy presja inwestorów sprawią, że ten proces będzie jeszcze szybszy i prostszy?

Siły rynkowe pójdą tam, gdzie popchnie je polityczna legislacja. Sam rynek by tego nie zrobił. Ale skoro mamy już wyznaczone cele zerowych emisji netto, które są prawnie wiążące, to paliwa kopalne nie mają już przyszłości. Dlaczego miałbyś w nie inwestować? Następne pokolenie miliarderów będzie wymyślać nowe czyste technologie energetyczne, które przejmą spory kawałek globalnej gospodarki. Gdybym miał pieniądze, to inwestowałbym je w zielone paliwa, takie jak amoniak, pozwalające na dekarbonizację lotnictwa. To biznes za bilion dolarów. Można zarobić duże pieniądze. Era węgla, ropy czy gazu się kończy. Trzeba być całkiem głupim, żeby inwestować w umierającą technologię. 

Polski rząd zakłada, że ostateczny koniec epoki węgla w naszym kraju nastąpi do końca lat 40. Czy to może wydarzyć się wcześniej?

Sądzę, że nastąpi to dużo wcześniej. To samo stanie się w Niemczech. Oni wyznaczyli sobie cel 2038 r. Zgodził się z tym nawet Greenpeace. I teraz wszyscy wyszli na głupków, bo rok później młodzieżowy ruch klimatyczny wygrał sprawę sądową. Sąd uznał, że rząd dopuścił się zaniedbania, zgadzając się na tak długie wykorzystanie węgla. To samo może stać się wszędzie.

Spalanie węgla w Europie nie będzie moim zdaniem probelem aż tak długo, bo alternatywy będą rozwijać się bardzo szybko. Nie będę zgadywał, ile to potrwa. Ale tu, w Wielkiej Brytanii, już to przeszliśmy. W zasadzie jesteśmy już wolni od węgla. Ostatnia elektrownia węglowa zostanie zamknięta w ciągu kilkunastu miesięcy, choć planowano, że będzie działać do końca dekady. Takie punkty zwrotne mogą następować o wiele szybciej, niż ktokolwiek przewidywał. 

Wspomniał pan o niemieckim wyroku. Było już kilka podobnych spraw, proces o przyczynianie się do zmian klimatycznych przegrał Shell, jest też sprawa wytoczona rządowi Holandii. Czy to zmiana na polu gry?

Na pewno podpala lont rakiety, na której siedzą politycy, którzy wyznaczali dotąd zbyt słabe cele. Można to podciągnąć pod prawa człowieka czy cokolwiek innego, ale podobne orzeczenia nadają dodatkowego pędu całemu procesowi. Dają też w systemie prawnym głos młodzieży, a to ma ogromną siłę. Byłem zachwycony niemieckim wyrokiem i mam wielkie nadzieje związane z pozostałymi sprawami. 

Ale czy to, że jesteśmy w Europie, nie zaburza trochę naszej optyki? Europa jest bogata, bezpieczna i od dawna mówi o dekarbonizacji. Czy to może posłużyć, jako przykład mobilizujący inne państwa, czy staniemy się wyspą na morzu emisji?

Europa wcale nie jest liderem w wielu dziedzinach, bo w ogromnym stopniu polegała na paliwach kopalnych. 

Patrzyłbym raczej w stronę krajów rozwijających się. Współpracuję z Climate Vulnerable Forum, które jest sojuszem 48 krajów rozwijających się najbardziej narażonych na skutki zmian klimatu. Zaczynają pracować nad tak zwanymi planami dobrobytu klimatycznego. To często bardzo biedne państwa, chcące osiągnąć status krajów o średnich dochodach, jednocześnie przechodząc na gospodarkę o zerowych emisjach netto. Mogą podjąć decyzję co do tego, jaki świat chcą dla siebie zbudować. Teraz nie mają wiele infrastruktury i to tam będą się działy najbardziej ekscytujące rzeczy. Nie w Europie, w której jesteśmy uzależnieni od starej infrastruktury, która jeszcze przez lata będzie wyrzucać z siebie dym. Tamte kraje mają dobry dostęp do odnawialnych źródeł energii, a jeśli chcą szybkiego wzrostu gospodarczego i poprawy warunków życia, to zapewne najtańsza droga. Fakt, że tworzą już takie mapy i podejmują takie wyzwania, jest bardzo ważny. 

Scenariusze do końca wieku, które opisał pan 14 lat temu w książce "Six Degrees" znajdowały się w spektrum od złych do wręcz apokaliptycznych. Ale teraz, jak pan sądzi, gdzie znajdziemy się w 2100 r.?

Najnowszej książce nadałem podtytuł "Nasze ostatnie ostrzeżenie". IPCC też nas ostrzega. Nie jestem większym pesymistą niż wtedy, bo widzę, jak szybko następują przemiany. Apokalipsa, która nastąpiłaby po ociepleniu o 6 st., jest dziś o wiele mniej prawdopodobna niż 14 lat temu. To dobra wiadomość. Mamy technologie, o których wtedy nie marzyliśmy. Z technicznego punktu widzenia jest całkiem możliwe osiągnięcie zerowych emisji netto przed połową tego stulecia, minimalnym kosztem dla gospodarki, a prawdopodobnie z korzyścią dla niej. Po prostu musimy to zrobić.