Australijscy myśliwi twierdzą, że odstrzał krokodyli różańcowych na Terytorium Północnym to jedyny sposób na kontrolowanie ich populacji. Teza ta nie znajduje jednak potwierdzenia w rzeczywistości. Zabijanie zwierząt nie przynosi pożądanego efektu. Liczba ataków krokodyli na ludzi nie spada.
Analiza wykonana na zlecenie Uniwersytetu Karola Darwina działającego w - nomen omen - mieście Darwin na Terytorium Północnym wykazała, że w latach 1979–2022 w regionie miało miejsce 76 ataków krokodyli, z czego 30 proc. zakończyło się śmiercią ludzi.
Czytaj więcej o krokodylach:
"People and Nature" działające pod auspicjami British Ecological Society opublikowało badanie na temat wpływu liczebności krokodyli różańcowych na ataki na ludzi, z których Australia słynie. To kontynent uważany za wypełniony niebezpiecznymi zwierzętami, ale to właśnie atak krokodyla często trafia na czołówki gazet.
W badaniach tych czytamy dość interesujący wniosek, obnażający myślenie o odstrzałach jako o rozwiązaniu nadzwyczaj prymitywnym. "Ataki dużych drapieżników na ludzi często prowokują apele o redukcję populacji tych zwierząt. Ma to zmniejszyć liczbę takich incydentów. Choć wydaje się to pozornie logiczne, obecnie istnieje niewiele dowodów potwierdzających spójny związek między zagęszczeniem dużych drapieżników a atakami na ludzi" - czytamy.
O atakach bowiem nie decyduje liczba zwierząt, ale konkretne interakcje z ludźmi. Naukowcy z Darwin piszą: "Populacja krokodyli różańcowych w Australii odbudowała się z bardzo niskiego poziomu w latach 70. i ustabilizowała się ok. 2009 r.".

Kluczem prewencji jest edukacja, a nie odstrzał
Liczba ataków spadła, co - zdaniem naukowców - wiąże się ze zwiększoną świadomością ludzi i odpowiednim postępowaniem wobec tych gadów. Edukacja i świadomość okazały się o wiele skuteczniejsze niż jakiekolwiek odstrzały i zabijanie zwierząt.
Naukowcy obliczyli, że według matematycznych, prostych wzorców trzeba by wybić 90 proc. krokodyli różańcowych na Terytorium Północnym, aby w ten sposób zmniejszyć częstotliwość ataków o połowę. Kosztowałoby to przeszło 87 mln dolarów australijskich.
I tu porównanie - władze Terytorium Północnego wydały 250 tys. dolarów australijskich na kampanię edukacyjną „Be Crocwise” w latach 2010-2020. Przyczyniła się ona do spadku liczby wypadków z krokodylami o 10 proc. Była o wiele bardziej efektywna niż polowania.
Dlatego Australia zamierza zrezygnować z kontroli liczby gadów poprzez ich odstrzał. Chce zwiększyć nakłady na edukację i informację na temat tego, gdzie krokodyle są i jak unikać ich ataków.
Krokodyl różańcowy to największy przedstawiciel tych gadów, jaki żyje obecnie. Przebija rozmiarami krokodyla nilowego, krokodyla amerykańskiego, wszelkie aligatory, gawiale. Może osiągać nawet ponad 6 metrów i ważyć półtorej tony, chociaż legendy głoszą o zwierzętach jeszcze większych.
Ten krokodyl żyje w południowej Azji od Indii i Cejlonu po Filipiny i Indonezję, ale także w północnej Australii, na Nowej Gwinei, Fidżi i niektórych wyspach Pacyfiku. Świetnie radzi sobie także w słonej wodzie morskiej i potrafi przepływać odcinki w morzu. Stąd jego australijska nazwa: saltwater crocodile, czyli krokodyl słonowodny.
Według obliczeń prawdopodobieństwo, że na Terytorium Północnym zginie się w wypadku samochodowym jest 363 razy większe niż prawdopodobieństwo śmierci w paszczy krokodyla różańcowego.













