Reklama

Cykl Greenpeace Polska, Młodzieżowego Strajku Klimatycznego i Zielonej Interii przed szczytem klimatycznym COP26 w Glasgow.

W "szybkiej modzie" chodzi o jak największe zyski pochodzące z produkowanej masowo i jak najtańszej odzieży. Jej wytwarzanie stało się możliwe pod koniec ubiegłego wieku, gdy upowszechniły się materiały takie, jak nylon czy poliester. Prawdziwy rozkwit "szybkiej mody" przyniosło jednak dopiero wykorzystywaniu taniej siły roboczej z państw Globalnego Południa. 

Kolekcje wypuszczane przez marki dorabiające się na "szybkiej modzie" charakteryzują się tym, że szybko się zmieniają, a ubrania nie są wytrzymałe. Skoro ubrań jest dużo, są tanie i łatwo dostępne, to gdzie leży problem?

Woda, ziemia, powietrze

Rzeki w fantazyjnych kolorach, jak fioletowy czy czerwony, to nie tylko obrazek z kreskówek dla dzieci. 

To codzienność osób mieszkających na terenach obfitych w infrastrukturę przemysłu tekstylnego, a pozbawionych regulacji środowiskowych. 

W większości krajów, w których produkuje się odzież, nieoczyszczone toksyczne ścieki z fabryk trafiają bezpośrednio do rzek - zawierają substancje, takie jak ołów, rtęć czy arsen. Powoduje to m.in. zabarwienie wód na kolory, w których ubrania mają być hitem danego sezonu. 

Barwniki są szkodliwe dla fauny i flory wodnej, ale też dla zdrowia milionów ludzi. Skażenie dociera również do morza i ostatecznie rozprzestrzenia się na cały świat. Warto zaznaczyć, że aż jedna piąta zanieczyszczenia zbiorników wodnych na świecie pochodzi właśnie z procesów barwienia związanych z obróbką tekstyliów.

Zanieczyszczenia powodowane przez biznes odzieżowy to ogromny problem, ale kolejnym i nie mniejszym jest zużywanie ogromnych ilości wody. Ile się jej marnuje w ten sposób? Cały przemysł odzieżowy odpowiedzialny za wykorzystanie 1.5 kwintyliona (czyli miliona milionów) litrów wody w ciągu roku. Przekładając to na łatwiejsze do wyobrażenia sobie liczby, na wytworzenie pary jeansów i t-shirta potrzeba 20 tys. litrów wody. 

Zanieczyszczenia i marnotrawstwo nie wszędzie mogą być takie same, więc największe korporacje świadomie wybierają miejsca, gdzie nie ma jasnej sytuacji prawnej ani regulacji, które chronią ludzi przed toksynami. 

Ekologiczne problemy związane z naszymi ubraniami nie kończą się na środowisku wodnym. Ubrań używamy średnio przez trzy lata. Jednocześnie statystyczna rodzina w świecie zachodnim wyrzuca rocznie około 30 kg odzieży. Tylko 15 proc. z tego podlega recyklingowi lub darowiźnie, a reszta trafia bezpośrednio na wysypiska lub jest spalana. 

W 72 proc. naszej odzieży wykorzystywane są włókna syntetyczne, takie jak poliester. Nie ulegają one biodegradacji - ich rozkład może potrwać do 200 lat.

Jednocześnie włókna syntetyczne, używane w większości naszych ubrań, są wytwarzane z paliw kopalnych, co oznacza, że produkcja jest znacznie bardziej energochłonna niż w przypadku włókien naturalnych. 

Większość ubrań powstaje w Chinach, Bangladeszu lub Indiach, krajach zasilanych głównie węglem - to najbrudniejszy rodzaj energii pod względem emisji dwutlenku węgla. To wszystko składa się na fakt, iż "szybka moda" odpowiedzialna jest za 10 proc. światowych emisji, czym napędza kryzys klimatyczny. 

Współczesne niewolnictwo

Na początku lat 60. ubiegłego wieku około 90 proc. ubrań kupowanych w Stanach Zjednoczonych było produkowanych w USA. Dziś to zaledwie około 3 proc. I Stany Zjednoczone nie są tu żadnym wyjątkiem. Tak jest w zasadzie wszędzie na Zachodzie. Dzieje się tak dlatego, że z biegiem lat firmy odzieżowe coraz częściej decydowały się na przenoszenie fabryk do krajów, gdzie obowiązują mniej restrykcyjne przepisy prawa pracy lub łatwiej je pominąć, aby płacić mniej za pracę niezbędną do produkcji odzieży. 

Zgodnie z art. 23 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka każdy ma prawo do "sprawiedliwych i korzystnych warunków pracy". W fabrykach odzieżowych na Globalnym Południu można jednak odnieść wrażenie, że to nie obowiązuje. Wynagrodzenia z założenia są niskie. Do tego wiele firm, działających jako podwykonawcy wielkich koncernów, stara się ciąć koszty, jak może na wszelkie możliwe sposoby. Nie ma mowy o przestrzeganiu norm dotyczących stężenia toksyn, czy choćby o odpowiednim oświetleniu w szwalniach. Praca 14-16 godzin na dobę to w wielu miejscach norma.

Ważnym problemem w tym aspekcie są również nierówności płciowe. Ponad 80 proc. osób pracujących w przemyśle odzieżowym to kobiety. Zdarza się, że to samotne matki, które nie mają innych możliwości zatrudnienia z powodu braku dostępu do edukacji i innych zasobów, szczególnie w społeczeństwach, gdzie patriarchalne tradycje i zasady są o wiele mocniej ugruntowane niż na Zachodzie. Tam nie da się po prostu zrezygnować z pracy i znaleźć sobie lepszej.

Z racji, że przemysł mody nie wymaga wysoko wykwalifikowanej siły roboczej, praca dzieci jest szczególnie powszechna w tej branży. W samych południowych Indiach 250 tys. dziewcząt pracuje w ramach Sumangali, praktyki polegającej na wysyłaniu osób z biednych rodzin do pracy w zakładach tekstyliów na trzy do pięć lat w zamian za podstawową płacę na koniec, która ma stać się posagiem młodych kobiet. Takie dziewczęta są przepracowane i żyją w przerażających warunkach.

Co możemy zrobić?

Najprostszą odpowiedzią byłoby ograniczenie bezmyślnej konsumpcji i stawianie na pozyskiwanie ubrań z ekologicznych i etycznych źródeł lub z drugiej ręki. Cała sprawa jest jednak bardziej skomplikowana - my sami, będąc na różnych poziomach uprzywilejowania finansowego, nie zawsze jesteśmy w stanie kupować ubrania wyprodukowane etycznie, a co za tym idzie często droższe. 

Oprócz podejmowania jak najlepszych decyzji konsumenckich i zwiększania świadomości dotyczącej szkodliwych praktyk przemysłu modowego, możemy wywierać presję na polityków i korporacje. Tylko dzięki systemowym, globalnym zmianom jesteśmy w stanie doprowadzić do sytuacji, w której nasze ubrania nie będą opłacone ogromnymi kosztami środowiskowymi i cierpieniem ludzi.