Reklama

- Przyzwyczailiśmy się, że pewne gatunki po prostu migrują. Niewielu ludzi zastanawia się jednak, jakie jest podłoże migracji - mówi Zielonej Interii Kamila Plis, biolog z Instytutu Biologii Ssaków PAN, dodając: - Zwierzętom nie chodzi jednak o to, by się po prostu przemieścić, ale by cały czas miały optymalne warunki do życia.

Migrujące zwierzęta coraz częściej napotykają jednak u celu wędrówki obce dla siebie środowisko. Braki pożywienia, nowe choroby i pasożyty, zwiększona liczba drapieżników czy ingerencja człowieka sprawiają, że w wielu przypadkach to przemieszczanie się, zamiast korzyści przynosi zwierzętom same straty.

O tym, jaki jest ich rozmiar doskonale świadczy badanie, opublikowane w czasopiśmie "Trends in Ecology and Evolution". - Żyliśmy z przekonaniem, że północne tereny lęgowe stanowią bezpieczne schronienie dla zwierząt wędrownych. Tymczasem jest wręcz przeciwnie, a liczne arktyczne i północne lokalizacje o umiarkowanym klimacie mogą teraz stanowić pułapki ekologiczne dla różnych zwierząt, w tym ptaków, karibu, czy motyli - twierdzi dr Vojtěch Kubelka z Uniwersytetu w Bath, główny autor badania.

Problem ptaków i niedźwiedzi

Dotąd pokonywanie dużych odległości, choć  bardzo kosztowne pod względem energii, niosło korzyści płynące z większej obfitości w żywność czy mniejszej liczby chorób i drapieżników. Zyski dla wędrujących zwierząt przewyższały jednak straty. Teraz naukowcy obserwują, że dla wielu populacji to już przeszłość. Skutkiem jest na przykład o wiele wyższa śmiertelność potomstwa wędrownych gatunków. 

- W wielu przypadkach wędrowne zwierzęta są wyprzedzane przez przesuwające się coraz dalej na północ owady, bakterie czy wirusy - mówi Plis: - Do tych środowisk docierają patogeny, do których migrujące zwierzęta nie są dostosowane i  na które nie mają odporności. 

Problemem jest też to, że miejscowe drapieżniki coraz częściej zaczynają polować właśnie na wędrowne gatunki i ich potomstwo. Nie mają wyjścia, bo ich normalna zdobycz też zaczyna znikać pod wpływem presji człowieka i zmian klimatu. 

"Głównym pożywieniem dla arktycznych lisów były zwykle lemingi i nornice" - wyjaśnia dr Kubelka. "Łagodniejsze zimy powodują jednak, że w Arktyce częściej pada deszcz. Woda zamarza, tworząc warstwę, przez którą lemingi nie mogą dostać się do pożywienia. Mając mniej lemingów i nornic do dyspozycji, lisy zjadają jaja ptaków wędrownych". 

Zdaniem Kubelki, od lat 70. liczba ptaków wędrownych i ich piskląt padających ofiarą drapieżników potroiła się, w dużym stopniu właśnie przez zmiany klimatyczne. 

Problem dotknął jednak także m.in. niedźwiedzi polarnych, które z braku kry na morzu nie mają jak polować na foki i muszą się zadawalać ptakami, co zwykle nie spełnia ich potrzeb.

Rozregulowane naturalne zegary

Ostatnim z problemów, które prowadzą do śmierci wędrownych zwierząt, jest to, że zmiany klimatu rozregulowały biologiczne zegary całych gatunków. Gdy jest cieplej, wiele roślin wcześniej zaczyna kwitnąć i owocować. Roślinożerne zwierzęta, które przybywają na miejsce wędrówki wtedy, co zawsze, odkrywają, że niegdyś bogate w pożywienie siedliska opustoszały. Często nie mają czym karmić potomstwa. 

Niektóre z migrujących zwierząt mogą się dostosować, przesuwając swoje obszary lęgowe nieco dalej na północ, gdzie warunki są dla nich korzystniejsze. Nie wszystkie jednak będą w stanie to zrobić. - Duże zwierzęta mają mniejszą zdolność do adaptacji do zmiany warunków, bo potrzeba na to kilku pokoleń - mówi Plis. - W przypadku ptaków, rozród następuje zwykle raz na rok, u bardzo dużych ssaków nawet raz na dwa czy trzy lata. Zwierzęta mniejsze, jak owady, mogą się przystosowywać szybciej. Duże mają małe pole manewru - dodaje biolożka z Polskiej Akademii Nauk.

Naukowcy z Bath sugerują, że dla niektórych z migrujących gatunków optymalnym zachowaniem byłoby teraz zerwanie z wędrówkami. "Migracja zwierząt z regionów równikowych do północnej strefy umiarkowanej i Arktyki jest jednym z największych ruchów biomasy na świecie" - twierdzi prof. Tamás Székely z Centrum Ewolucji Uniwersytetu Bath. "Jednak przy zmniejszonej opłacalności zachowań migracyjnych i mniejszej liczbie potomstwa, coraz mniej osobników będzie wracać na Północ".

Podobne procesy są już obserwowane, także w naszym kraju. - Kiedyś zimą w Polsce nie było w ogóle kormoranów, odlatywały jeszcze we wrześniu - mówi dr Andrzej Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego ZOO. Tymczasem dziś zimą są nawet w Warszawie. Kosy niegdyś spędzały zimy w regionie Morza Śródziemnego, a dziś ich miejskie populacje nie migrują wcale. 

Widok ptaków takich, jak bociany spędzające zimy w naszym kraju, nadal wywołuje  sensację, choć zdaniem dr. Kruszewicza to zupełnie naturalny sposób, w jaki te ptaki przystosowują się do zachodzących zmian w środowisku. - Migracja jest niezwykle ryzykowna, powoduje dużą śmiertelność - tłumaczy polski ornitolog. - Taki bocian pozostający tu zimą to jest ryzykant. Powinniśmy go obserwować, dawać wsparcie, ale nie ma powodu robić z tego afery. Osobników, które pozostają, przybywa i to sygnał, że coś zaczyna się w środowisku dziać.