Reklama

Jesień 1969 r. Młody doktorant kartkuje pismo wydawane przez jego alma mater, Massachusetts Institute of Technology. Szaleje wojna w Wietnamie. Prezydentem USA jest Richard Nixon. Amerykanie żyją sprawą brutalnych zabójstw dokonanych przez grupę Charlesa Mansona. Jednak tym, co przykuwa uwagę Oppenheimera jest całkiem inny nagłówek. Głosi: "Modyfikacja planety Ziemi przez człowieka". "Technologia zmienia środowisko fizyczne w sposób, jakiego wciąż do końca nie rozumiemy" - pisał we wstępie artykułu pionier klimatologii Gordon MacDonald.

Ponad pół wieku później, 75-letni dziś Oppenheimer twierdzi, że właśnie wtedy po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, czy ludzkość w ogóle jest zdolna do zniszczenia środowiska, wyłączając oczywiście wojnę atomową. - Dla mnie to było totalnie popieprzone - wspomina: - A teraz to się rzeczywiście popieprzyło.

Tamten artykuł był początkiem jego metamorfozy z astrofizyka w działacza na rzecz środowiska. Skończył, jako jeden z najważniejszych na świecie naukowców zajmujących się klimatem. To dzięki jego pracy dziś cały świat wie, że topniejące lodowce zagrożą nadmorskim miastom. Tak samo, jak wie, że chcąc uniknąć katastrofy powinniśmy wyhamować wzrost temperatury na poziomie 1,5 st. Celsjusza. To on wyjaśniał brytyjskiej premier zawiłości zmian klimatycznych, co doprowadziło do przemeblowania na międzynarodowej scenie politycznej. Za swoją pracę wraz z innymi naukowcami i byłym wiceprezydentem USA Alem Gorem został uhonorowany Pokojową Nagrodę Nobla. Mimo sukcesów, dziś może mówić o porażce. Znakomita większość światowych przywódców, przy bierności opinii publicznej, działa zbyt wolno albo po prostu neguje istnienie kryzysu klimatycznego. 

Minęło 30 lat odkąd Oppenheimer wraz z innym amerykańskim klimatologiem Jamesem Hansenem składali w Kongresie USA zeznania dotyczące wyników swoich badań. Ostrzegali, że spalanie paliw kopalnych przez ludzkość prowadzi do ocieplania planety. Ich brzmiące surrealistycznie przewidywania okazały się słuszne. Już zaczynamy obserwować to, przed czym ostrzegali. W zeszłym roku na Syberii za kołem podbiegunowym miejscami temperatury osiągały 40 st. Celsjusza. Wiele miast regularnie jest podtapianych, a lasy zachodniego wybrzeża USA zeszłego lata płonęły, jak nigdy dotąd. 

Na początku były ostrygi

Przedpandemiczny świat 2019 r. Oppenheimer wchodzi do bistro na Manhattanie. Za restauracyjnymi drzwiami zostaje hałas ulicy. Naukowiec zajmuje miejsce przy ulubionym stole. W rogu, tyłem do wejścia. Przez chwilę rozważał zamówienie ostryg, ale zmienia zdanie i wybiera ślimaki. - Myśli się o nich, jak o owocach morza, chociaż oczywiście nimi nie są - konstatuje. - Gdzie w moralnym spektrum umieścić jedzenie ślimaków? 

To właśnie "moralny aspekt jedzenia" określonych potraw, który dopiero niedawno zaistniał w głównym nurcie dyskusji na temat posiłków, blisko 70 lat temu sprawił, że Oppenheimer zainteresował się środowiskiem. Szef jego ojca mieszkał w wielkim domu nad Cieśniną Long Island i Oppenheimerowie często tam bywali. Przez działkę płynął strumień wpadający do morza. Podczas jednej z wizyt, mały Michael odkrył w nim kolonię ostryg. - Musiałem mieć sześć albo siedem lat. Bawiłem się w strumieniu i wykopałem ich chyba z tuzin. Zaniosłem do domu i pokazałem matce - opowiada. Matka natychmiast kazała mu je wrzucić z powrotem do wody ostrzegając, że nie wolno ich jeść, bo woda jest bardzo zanieczyszczona. - Uważam to wydarzenie za jeden z ważniejszych powodów, dla których zostałem ekologiem.

Dwadzieścia lat później, w tym samym roku, gdy dowiedział się, że ludzkość może przegrzać planetę, jak wieloma innymi Amerykanami, wstrząsnęła nim informacja o skali zniszczeń po wycieku ropy do oceanu u wybrzeży Kalifornii. Konsekwencją katastrofy były narodziny ruchu ekologicznego i pierwsze obchody Dnia Ziemi 22 kwietnia 1970 r. Wzięły w nich udział miliony Amerykanów, wśród nich Oppenheimer, który jako wolontariusz uczył dzieci z podstawówki w Chicago o naszej planecie. Kilka miesięcy później prezydent Nixon powołał do życia Agencję Ochrony Środowiska. 

Oppenheimer nadal jednak nie wiedział, jak połączyć swoją wiedzę z zainteresowaniem środowiskiem. W 1971 r. podpisał kontrakt w Smithsonianskim Centrum Astrofizyki na Uniwersytecie Harvarda. - To był plan rozpisany na pięć lat - opowiada. Kontrakt przerodził się w pełnowymiarową pracę, w której przez kolejną dekadę badał gazy w głębokiej przestrzeni kosmicznej. Przez całe lata 70. zwyczajnie się męczył, choć było to męczenie, w którym odnosił sukcesy. W 1975 r. został wyróżniony przez NASA za badania dotyczące wnętrza komet. - Wpadłem w depresję, bo zrozumiałem że nie osiągnę niczego więcej, jako badacz - wspomina. W 1981 r. odszedł z Harvardu. 

Kierowany głosem serca, trafił do Environmental Defense Fund, organizacji łączącej twarde naukowe fakty dotyczące środowiska z działalnością polityczną. EDF odegrał ważną rolę m.in. w pracach nad amerykańską ustawą o ochronie wody pitnej.  Zasłużony działacz ruchu na rzecz klimatu Rafe Pomerance wspomina, że Oppenheimer był cennym nabytkiem w zespole EDF. - Był pierwszorzędnym badaczem atmosfery. Znał te tematy doskonale, był wiarygodny i rozumiał szczegóły każdego badania. A do tego jest jednym z nielicznych, którzy umieją znakomicie poruszać się w świecie polityki i mediów związanych z nauką. Tłumaczył dane na ludzki język - mówi Pomerance.

Najpierw Oppenheimer wziął na warsztat przyczyny powstawania kwaśnych deszczy i przepisy dotyczące spalania węgla. Kiedy dwutlenek siarki i tlenki azotu z dymu węglowego łączą się z parą wodną w atmosferze, powstają kwasy siarkowy i azotowy. Żrące związki wraz z deszczem wnikają w glebę. Prace Oppenheimera miały znaczący wkład w nowelizację amerykańskiej ustawy o ochronie powietrza w 1990 r., w której Kongres zobowiązał zakłady spalające węgiel do usuwania z dymu dwutlenku siarki i tlenków azotu. Podobne przepisy wprowadzono potem w innych krajach. - Nauczyłem się bardzo wiele o tym, jak działa polityka. W tym, jak cenna jest wiedza naukowa i w czym tkwią jej ograniczenia - mówi. 

Jeden dzień z Margaret Thatcher

Od połowy lat 80. klimatolodzy zaczęli przyciągać coraz większą uwagę opinii publicznej. Uwaga Oppenheimera zaczęła się natomiast skupiać na wzroście poziomu mórz. W szczególności interesowało go zagrożenie, jakie mogłaby spowodować wywołana przez globalne ocieplenie dezintegracja pokrywy lodowej zachodniej Antarktydy. Gdyby stopniała cała, poziom mórz wszędzie na świecie podniósłby się o trzy, cztery metry. Nawet, jeśli nastąpi istotna redukcja emisji CO2, a większość pokrywy zostanie nietknięta i tak poziom mórz wzrośnie o około metra do końca stulecia. - Moim najważniejszym odkryciem było to, że istnieje klimatyczna "strefa niebezpieczeństwa" znajdująca się na poziomie ocieplenia mniej więcej 2 st. Celsjusza. To mogło pomóc w zdefiniowaniu polityki klimatycznej. 

W kwietniu 1989 r., ówczesna brytyjska premier zaprosiła 25 naukowców na Downing Street 10. Mieli jej i jej ministrom opowiedzieć o najnowszych wynikach badań. Margaret Thatcher studiowała chemię na Uniwersytecie Oksfordzkim zanim zmieniła kierunek studiów na prawo. Jej zapewne szło łatwo zrozumienie wszystkiego, o czym mówiono na spotkaniu trwającym od 9:30 rano przez kolejnych osiem godzin. - Słuchała, jak naukowcy niezrozumiale i często niezbyt elegancko mamroczą. Była skupiona, a ministrom kazała pozostać na miejscach do końca spotkania. 

Wkrótce potem Thatcher zawalczyła m.in. o stworzenie Ramowej Konwencji ONZ w sprawie zmian klimatu. Odegrała również ważną rolę w przekonaniu prezydenta George’a H. W. Busha, nafciarza z Teksasu, by poparł tę inicjatywę. Mimo to lata 80. i 90. były czasem narastającego oporu wobec działań na rzecz klimatu. Sama Thatcher też ostatecznie wykonała zwrot o 180 stopni. Finalnie wycofała nawet swoje poparcie dla Porozumienia z Kioto, w którym kraje zgodziły się ograniczać emisje gazów cieplarnianych. "Ulubionym tematem ludzi wieszczących zagładę są dziś zmiany klimatu. To wspaniała wymówka dla wprowadzenia światowego, ponadnarodowego socjalizmu" - pisała we wspomnieniach w 2002 r. 

W USA też nie działo się w sprawach klimatycznych dobrze. Prezydent Bill Clinton podpisał wprawdzie traktat z Kioto, ale nie przesłał do ratyfikacji do Senatu, bo dokument nie miał szans na przyjęcie w izbie zdominowanej przez Republikanów. Później kolejni politycy walczyli z wnioskami z badań naukowych, które mogłyby zagrozić branży naftowej. Odwracali się od nauki, bo mówiła im rzeczy, których nie chcieli usłyszeć. 

James Hansen twierdzi, że firmy naftowe i inni przeciwnicy naukowców, umiejętnie prowadzili wojnę semantyczną. Kluczowym orężem lobby naftowego stało się słowo "niepewność", które miało świadczyć o tym, że naukowcy są "niepewni", czy to ludzie powodują zmiany klimatu. Nie są. 

Jednocześnie w przekonywaniu opinii publicznej świetnie sprawdzają się tanie triki, jak ten  senatora Jamesa Inhoe, z naftowego stanu Oklahoma, który w 2015 r. wniósł do kongresu śnieżkę. To miał być dowód, że zmiany klimatu to bzdura. To był mocny, konkretny i łatwy do zrozumienia przekaz. Choć jednocześnie całkiem bzdurny. 

Przewidywanie przyszłości

Jesień 2019 r. Avenue Princess Grace przed centrum kongresowym Grimaldi Forum w Monako pełne luksusowych Lamborghini, Ferrari, Rolls-Royce’ów. W centrum Oppenheimer i zastępy innych klimatologów. Trwają negocjacje najnowszego raportu IPCC. Łącznie 667 stron, z których nad każdą pracowali przedstawiciele 195 krajów. Teraz uzgodnienia dotyczyły 36-stronicowego "Podsumowania dla decydentów". Takie podsumowanie dotyczy zawsze najważniejszych problemów. W Monako wszyscy obecni musieli się podpisać pod każdym słowem, zdaniem i akapitem, każdą liczbą, tabelą i wykresem. Tak działa IPCC. Na zasadzie konsensusu.

Oppenheimer opowiada, że w Monako większość państw eksportujących ropę zachowała milczenie. Pięć lat wcześniej, w Kopenhadze naukowcy w raporcie chcieli zamieścić informacje o konsekwencjach wzrostu globalnych temperatur o ponad 2 stopnie oraz o tym, jakie redukcje emisji są potrzebne, by uniknąć przekroczenia tego progu. - Dla państw produkujących ropę to był krok za daleko - mówi Jean-Pascal van Ypersele, belgijski klimatolog i były wiceprzewodniczący IPCC: - Z drugiej strony przedstawiciele państw rozwijających uważali, że należy opisać zagrożenia, przed którym stoją, jednocześnie wskazując, że będą potrzebować pomocy. Ostatecznie cały ten liczący dwie strony wątek usunięto z dokumentu. Oppenheimer i Van Ypersele zostali zmiażdżeni.

Idea jednak przetrwała. W specjalnym sprawozdaniu poprzedzającym Porozumienie paryskie opisano, czego potrzeba, by średnia temperatura Ziemi nie wzrosła o ponad 1,5 stopnia Celsjusza oraz jakie będą konsekwencje, jeśli tak się stanie. Zamiast dwóch stron, było ich ponad 500.

IPCC ma krytyków. Nie tylko tych, którzy nie wierzą, że to ludzkość wywołują zmiany klimatyczne. Część naukowców twierdzi, że raporty nie nadążają za najnowszymi badaniami, a skala zagrożeń jest w nich zaniżona. Inni narzekają na model konsensusu i zbyt duży wpływ państw produkujących ropę. Oppenheimer jest świadom tego wszystkiego. - Uczciwy polityk nie myśli wyłącznie o swojej politycznej karierze. Jeśli chce wykonywać swoją pracę uczciwie, powinien chcieć znać najgorsze scenariusze. Nawet, jeśli martwi się tylko o reelekcję, to nie chce stać po złej stronie, na wypadek gdyby wydarzyło się coś złego już w czasie jego kadencji. 

Polityczny opór wobec odkryć naukowców, Oppenheimera nie zraża. W Sound poławia się dziś ostrygi bez obaw o zdrowie, a w rzece Hudson woda jest najczystsza od dziesięcioleci. - Te postęp - mówi Oppenheimer. Przez dekady był świadkiem urzeczywistniania się strasznych przewidywań dotyczących klimatu, a mimo to się nie poddaje. Dlaczego? - To sprawa osobista.