W tym roku NASA postanowiła uczcić Dzień Ziemi publikując zdjęcia z kosmosu. Doskonale na nich widać fascynującą różnorodność naszej planety. Różnorodność, która coraz bardziej jest zagrożona.

Dzień Ziemi to z jednej strony tysiące lokalnych akcji, których celem jest sprzątanie naszej najbliższej okolicy. Jednocześnie to właśnie ten dzień wybrano na podpisanie Porozumienia Paryskiego, które może nam dawać nadzieję, że ograniczając emisje gazów cieplarnianych powstrzymamy niszczycielskie ocieplanie Ziemi.

Historia tego święta jest fascynująca, a w jej tle pojawia się nawet morderstwo.

Książka, zdjęcie, katastrofa

"W połowie 1969 r. ludzie nie mówili wiele o środowisku, choć już w połowie 1970 r. wielu Amerykanów nazywało samych siebie ekologami" - wspominał w "New York Timesie" koordynator pierwszego Dnia Ziemi, Denis Hayes.

Zaczęło się od książki. W wydanej na początku lat 60. "Silent Spring", Rachel Carson opisywała szkodliwe skutki stosowania pestycydów. Książka, oskarżająca przemysł chemiczny o świadome stwarzanie zagrożenia dla życia i zdrowia ludzi oraz stosowanie technik dezinformacyjnych, błyskawicznie stała się bestsellerem. Dla wielu to był pierwszy dzwonek alarmujący, że z przyrodą dzieje się coś bardzo niedobrego.

Na masową wyobraźnię zadziałała też fotografia. Zdjęcie, które obiegło świat, zrobił w Wigilię 1968 r. Bill Anders, astronauta misji Apollo 8. Widać na nim Ziemię wchodzącą zza szarego, martwego horyzontu Księżyca. Fotografia, dziś znana jako "Earthrise" - "Wschód Ziemi" wielu ludziom uświadomiła, że nasza planeta to tylko maleńka oaza życia w martwym, zimnym i potężnym Kosmosie.

Niewiele ponad miesiąc po zrobieniu tego zdjęcia, 28 stycznia 1969 r., doszło do awarii platformy wiertniczej u wybrzeży Kalifornii. Próby powstrzymania wycieku trwały wiele miesięcy. Ostatecznie do morza przedostało się 11 mln litrów ropy. 

Był to jeden z największych w historii wypadków związanych z wydobyciem tego surowca (bardziej niszczycielskie okazały się tylko katastrofa tankowca Exxon Valdez w 1989 r. i wyciek ropy do Zatoki Meksykańskiej po pożarze platformy Deepwater Horizon należącej do koncernu BP w 2010 r.). Mimo wysiłków ratowników zginęło ponad 10 tys. ptaków, delfinów i fok.

Jednym z naocznych świadków tamtych wydarzeń był ówczesny senator stanu Wisconsin, Gaylord Nelson. Obserwował konsekwencje wycieku z samolotu. Mówił później, że to właśnie widok zanieczyszczonych setek kilometrów kwadratowych był dla niego inspiracją do zorganizowania pierwszego Dnia Ziemi.

Największy protest w historii

Nelson wraz z Selmą Rubin, Markiem McGinnesem i Budem Bottomsem postanowił zorganizować ogólnokrajową akcję uświadamiającą Amerykanom konsekwencje rabunkowego podejścia do środowiska. 

Wyciek Santa Barbara, jak ochrzczono kalifornijską katastrofę, choć był ogromny, nie zdołałby zmobilizować Amerykanów z całego kraju, może najwyżej mieszkańców kilku stanów. 

Tyle, że był to jeden z wielu środowiskowych kryzysów w Stanach Zjednoczonych lat 60. Nowy Jork zatruwał rzekę Hudson pompując do niej miliony litrów nieoczyszczonych ścieków. Los Angeles było spowite wiecznym smogiem. Herbowe ptaki Ameryki - bieliki amerykańskie - znalazły się na krawędzi wymarcia przez zanieczyszczenie środowiska pestycydami. A rzeka Cuyahoga, przepływająca przez centrum Cleveland, dosłownie stanęła w ogniu, gdy iskra z kół przejeżdżającego pociągu zapaliła pokrywającą ją warstwę palnych ścieków.

"Wielu ludzi było coraz bardziej rozgniewanych zanieczyszczoną wodą, powietrzem i śmieciami" - wspominała w "New York Timesie" Barbara Reid Alexander, koordynatorka pierwszego Dnia Ziemi w stanach amerykańskiego Środkowego Wschodu dodając: "Ludzie byli podekscytowani tym, że wreszcie ktoś chciał o tym mówić".

Z pomocą lokalnych koordynatorów, Nelson i jego współpracownicy zorganizowali serię demonstracji, które do dziś są największym jednodniowym protestem w historii. Datę wybrano trochę przypadkowo. Nelson, który chciał wzorować się na działaniach organizacji protestujących przeciw wojnie w Wietnamie, liczył przede wszystkim na zaangażowanie studentów. Wybór padł na koniec kwietnia, bo organizatorzy liczyli na to, że pogoda umożliwi spotkania i demonstracje na świeżym powietrzu, a studenci nie będą jeszcze pochłonięci kuciem do sesji egzaminacyjnej.

Akcja była strzałem w dziesiątkę. Na ulice wyszło 20 milionów Amerykanów, domagając się skuteczniejszej obrony środowiska przed trucicielami. 10 mln dzieci wzięło udział w specjalnych lekcjach poświęconych niszczeniu środowiska. "Jeśli środowisko ma jakichś wrogów, to zachowali oni tego dnia milczenie"- pisał relacjonujący tamte wydarzenia dziennikarz "New York Timesa" Joseph Lelyveld.

Ciało ukryte w skrzyni

Skala protestów sprawiła, że kwestie środowiskowe z dnia na dzień znalazły się w sercu amerykańskiej polityki. W ciągu następnych kilku lat przyjęto serię ustaw mających na celu ochronę powietrza, wody, zagrożonych gatunków, poprawę gospodarowania odpadami toksycznymi, ochronę lasów i powołujących federalną Agencję Ochrony Środowiska.

Cieniem na świętowaniu Dnia Ziemi rzuciła się jednak zbrodnia, która nie miała z obchodami tego dnia bezpośredniego związku. Ira Einhorn, hippisowski przywódca z Filadelfii, prowadził demonstrację w tym mieście. Twierdził, że był kluczowym organizatorem całej ogólnokrajowej kampanii protestów. W 1979 r. w jego mieszkaniu odkryto zwłoki jego byłej dziewczyny, Holly Maddux. Ciało kobiety, która została zamordowana dwa lata wcześniej, znajdowały się w skrzyni ukrytej w mieszkaniu Einhorna. Mężczyzna uciekł z USA i do 1997 r. ukrywał się w Europie. Gdy został schwytany, utrzymywał, że Maddux została zamordowana przez CIA. Skazany na dożywocie, zmarł w więzieniu w 2020 r. Organizatorzy Dnia Ziemi odcięli się od niego i twierdzili, że jedynym, który uważał jego rolę w organizowaniu protestów za "kluczową" był on sam.

Pierwszy Dzień Ziemi był wydarzeniem wyłącznie amerykańskim. Kolejne lata pokazały jednak jasno, że problemy środowiskowe nie znają granic.

Dzień Ziemi - akcja globalna

W 1971 r. ONZ ustanowił Międzynarodowy Dzień Marki Ziemi. Terminu "matka Ziemia" użyto, bo - jak zapisano w oficjalnych dokumentach - "odzwierciedla on współzależność, która istnieje między ludźmi a innymi żywymi gatunkami wspólnie zamieszkującymi planetę".

W 20. rocznicę pierwszych demonstracji, twórcy amerykańskiego Dnia Ziemi postanowili uczynić z niego wydarzenie globalne. Denis Hayes, który był w 1970 r. koordynatorem krajowym akcji, stanął na czele dwóch fundacji, które równolegle pracowały nad zorganizowaniem 22 kwietnia 1990 r. ogólnoświatowych obchodów Dnia Ziemi.

Akcja znów skończyła się fenomenalnym sukcesem. Obchody Dnia Ziemi odbyły się w 141 krajach i od tej pory były organizowane corocznie. W 2020 r., w 50. rocznicę pierwszych marszy, wzięło w nich udział 100 mln ludzi. Była to najprawdopodobniej największa globalna mobilizacja społeczna w historii. Najważniejsze wydarzenie w historii Dnia Ziemi miało jednak miejsce cztery lata wcześniej. Właśnie 22 kwietnia 2016 r. ponad 120 państw podpisało się pod Porozumieniem Paryskim, zobowiązując się do podjęcia kroków na rzecz powstrzymania katastrofalnego ocieplania planety.


Inne święto i bardziej potrzebne

Hasła Dnia Ziemi i towarzysząca im mobilizacja wokół spraw środowiskowych były przez wiele lat taką siłą, że nikt publicznie nie ośmielał się im przeciwstawiać. Reporterka "New York Times" Nan Robertson, relacjonując nowojorskie demonstracje towarzyszące pierwszemu Dniu Ziemi w 1970 r. pisała "Tak, jak w przypadku Dnia Matki, żaden człowiek sprawujący publiczny urząd nie może się mu sprzeciwić". Przynajmniej publicznie. Pierwsza akcja budziła bowiem podejrzliwość i amerykańskiej prawicy (wypadała dokładnie w stulecie urodzin Lenina) i paradoksalnie, sporej części amerykańskiej lewicy, bo weterani ruchu antywojennego uważali, że kwestie środowiskowe są wykorzystywane przez rząd do odwrócenia uwagi od wojny w Wietnamie.

Tamte teorie spiskowe dawno odeszły do lamusa, ale 51 lat później obchody Dnia Ziemi ponownie budzą wątpliwości. Tym razem części organizacji środowiskowych. Dlaczego? W pewnym sensie święto stało się ofiarą swojego sukcesu. Krytycy twierdzą, że ze spontanicznego, masowego ruchu protestu, to już tylko coroczna okazja do deklarowania swojego przywiązania do środowiska. "Dzisiaj nasz Dzień Ziemi przypomina bezzębne, konsumerystyczne święto Hallmarka (firma specjalizująca się w USA m.in. w produkcji okolicznościowych kartek), takie jak Dzień Ojca czy Halloween" - pisał redaktor portalu Treehugger Brian Merchant. "Dzisiaj ludzie mogą obejrzeć specjalny program w telewizji albo kupić organiczny t-shirt raz do roku i mieć poczucie, że biorą w czymś udział. Przepraszam, ale to nie pomaga. Nasze wyzwania są zbyt wielkie".

Wątpliwości aktywistów budzi też fakt, że coroczne święto jest wykorzystywane przez korporacje do kreowania "zielonego" wizerunku bez podejmowania rzeczywistych działań na rzecz poprawy środowiska. To tak zwany "greenwashing". Krytycy wytykają organizatorom, że wśród sponsorów ogólnoświatowej akcji są korporacje i banki, które same mają na sumieniu działania szkodzące środowisku.

Pewne jest jednak, że w swojej historii, towarzysząca Dniu Ziemi społeczna mobilizacja pomogła przeforsować wiele ważnych dla środowiska zmian. Stojące przed Ziemią wyzwania nadal jednak narastają. W kwietniu 1970 r., kiedy na ulice USA wyszli uczestnicy pierwszych demonstracji Dnia Ziemi, stężenie CO2 w atmosferze wynosiło 325 cząsteczek na milion. W tym miesiącu po raz pierwszy przekroczyliśmy poziom 420 ppm. Mobilizacja jest potrzebna bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.