Łatwo mieć pretensje do tego chłopaka, że uległ partyjnej propagandzie i uwierzył, że tępiąc wróble, ratuje świat i kraj, zapewnia mu dobrobyt. Bez książek, bez dostępu do fachowej wiedzy, bez odpowiednich mediów Yang Seh-mun był o tym wręcz przekonany.
Chiny wydały wyrok na wróble
Co więcej, łatwo mieć pretensje do całej chińskiej machiny partyjnej, że w 1957 roku opracowała i rok później rozpętała piekło, jakim okazało się Chú Sì Hài. Kampania walki z czterema plagami. Nie był to jednak wcale chiński wymysł. Takie kampanie organizowano od czasów starożytnych, a z wróblami walczono na dużą skalę już w średniowieczu.
W Prusach walkę z wróblami wprowadzili Hohenzollernowie. W 1721 roku Fryderyk Wilhelm I ogłosił edykt walki z kłusownictwem. Co ciekawe, nie tylko ludzkim. Za kłusowników uznawano też... zwierzęta, np. wróble. Jego edykt nakazywał eliminowanie wróbli i wron jako kłusujących i to nie jest żart. Więcej, jego syn i następca Fryderyk II Wielki wydał 22 kwietnia 1744 roku kuriozalne prawo nakładające na mieszkańców wróbli podatek. I to też nie jest żart.
Każdy mieszkaniec zobowiązany był dostarczyć sześć zabitych wróbli w ciągu roku, ale niektórzy musieli zabić ich więcej. Np. właściciel gruntu musiał dostarczyć 12 główek wróbli rocznie, a właściciel winnicy - nawet 15. Wojna z wróblami trwała do 1753 roku, nie wiemy, ile ptaków zabito i jakie przyniosło to konsekwencje. Bo że jakieś przyniosło, to jasne. Pokazuje to przykład Chin.
Chińczycy brali przykład z Japonii
Chińska polityka walki z czterema plagami nie była pod żadnym względem oryginalna. Czerpała z setek lat tradycji masowej eksterminacji wróbli, których wielkie chmary nadlatujące na pola albo opadające na spichlerze ze zbożem zapewne od wieków wprawiały ludzi w panikę. Obawiano się, że tak masowe pojawianie się ptaków zrujnuje dorobek rolników.
Bezpośrednim wzorem dla Chińczyków byli jednak ich najwięksi wrogowie w czasie wojny - Japończycy. W czasie okupacji wielu terenów Azji, także Chin i Mandżurii wprowadzali oni akcje masowego tępienia zwierząt uznawanych za szkodliwe, od much po szczury i ptaki. Chiny Ludowe, po zwycięstwie nad Japonią i następnie w wojnie domowej z Czang kaj-szekiem uznały, że to dobry pomysł. Że wytępienie szkodliwych zwierząt pozwoli im na skok gospodarczy i cywilizacyjny, pozwoli zwiększyć marne dotąd w tradycyjnej i zacofanej chińskiej gospodarce rolnej plony. Pozwoli na wielki skok planowany przez Pekin, który miał przenieść Chiny do innej epoki.
Za cztery plagi uznano komary, muchy, szczury i właśnie wróble.
Założenia eksterminacji przygotowywane były od lat pięćdziesiątych i opracowane ostatecznie w 1957 roku. Rok później, 12 lutego 1958 roku przywódca chińskiej partii komunistycznej Mao Zedong ogłosił je publicznie i wezwał naród do walki z plagami. Wezwaniu towarzyszyła wielka ofensywa propagandowa. Wśród haseł ówczesnych chińskich gazet czytamy: "Nikt nie może się cofnąć o krok, dopóki nie wygramy walki" czy też "Każdy z towarzyszy musi przyłączyć się do walki. Musimy wytrwać w zawziętości rewolucjonistów".

12 lutego 1958 r. Chiny zaczęły wojnę m.in. z wróblami
Te armaty zostały wytoczone przeciw wróblom. Zwłaszcza przeciw nim, bo walka z muchami, komarami czy szczurami była enigmatyczna. Wróble dało się tępić spektakularnie, więc cała para poszła z wojnę z ptakami. 18 marca 1958 r. Mao Zedong w płomiennym przemówieniu podczas VIII Zjazdu Komunistycznej Partii Chin nawoływał do bezlitosnej walki z wróblami, które dziobią za dużo zboża. Aż do ich całkowitego zniszczenia.
Chiny mobilizowały się niczym podczas wojny z Japończykami czy armią Czang kaj-szeka. Te same chwyty, te same hasła, ta sama jedność wszystkich, bo każdy obywatel musiał w walce ze zwierzętami wykonać wysiłek. I to nie byle jaki. Założenia walki z czterema plagami mówiły bowiem o tym, że przeciw wróblom nie da się zastosować ani broni palnej, ani trucizny. Brakowało wszak zarówno amunicji, jak i odpowiednich środków chemicznych. Pozostała walka... wręcz.
Dosłownie wręcz, bowiem Chińczycy ruszali do zabijania ptaków uzbrojeni w pałki, sieci, kije, łopaty, widły, noże, sierpy, w co tylko wpadło w ręce. Nie tylko jednak, bo ważną bronią okazały się drzewce z barwnymi szmatkami, a także kołatki, bębny, patelnie, garnki, trąbki i wszystko, co robiło wielki hałas.
Założenie było takie, że, w odróżnieniu od innych ptaków, wróble nigdy nie odlatują na duże odległości. Należało więc je płoszyć, zmuszać do bezustannego podrywania się do lotu i odlatywania na pewną niedużą odległość. I tak w kółko, aż wyczerpane ptaki padały ze zmęczenia. Wtedy nagonka dobijała je czym się dało, nawet własnymi rękoma. Następnie masy zabitych zwierząt zgarniano szuflami, nadziewano na drzewce i pokazywano w publicznych objazdach.
Wielkim hitem walki z wróblami okazały się też proce. Partia zachęcała do ich produkcji i stosowania jako najlepszą broń. Dzieci chętnie z tej rady korzystały.
Ornitologowie dostarczyli partii argumentów
Za tę okrutną eksterminację odpowiadali w sporej mierze chińscy... ornitologowie. Jesienią 1956 roku członkowie drugiej konferencji Chińskiego Towarzystwa Zoologicznego, która odbyła się w mieście Qingdao, sformułowali bowiem tezy, w których oskarżyli ptaki o niedobory pożywienia w Chinach.
Naukowcy obliczyli, że w Chinach żyje 2,5 miliarda wróbli, a każdy z nich zjada rocznie 2,5 kg ziaren zboża. W rezultacie rolnicy tracą zbiory, które wystarczyłyby do wyżywienia 35 milionów ludzi. I te wnioski stały się podstawą podjęcia decyzji o rozwiązaniu kwestii wróbli.
To także ornitologowie dostarczyli ludziom informacji na temat tego, jak ptaki zabijać. Od nich pochodziła wiedza o ich zwyczajach, o skuteczności nagonki i płoszenia wróbli, prowadzącego do ich wyczerpania i łatwej śmierci.
Wróble wyglądały na wszędobylskie i odporne, ale wcale takie nie były. To ptaki wrażliwe np. na hałas. Zaświadczali o tym chociażby pracownicy placówek dyplomatycznych w Pekinie, w tym polskiej ambasady w Chinach. To oni donosili, że zaszczute i wyczerpane zwierzęta tysiącami obsiadały budynek ambasady i wszystkie rosnące tu drzewa, szukając azylu. Hordy Chińczyków nie miały tu wstępu, by ptaki dobić.

Chińska nauka ma na sumieniu miliony ofiar
Zresztą - lećmy po nazwiskach. Liderem chińskich zoologów, którzy opracowali po 1956 roku zasady walki z wróblami, był Zhou Jian, który zyskał wielkie poparcie w świecie naukowym, uznającym konieczność eliminacji wroga zbiorów jako warunek pomyślności Wielkiego Skoku. Byli jednak także sprawiedliwi.
Cheng Tso-hsin był tym ornitologiem, który przeciwstawiał się partii i koncepcji walki z ptakami. Wybitny chiński zoolog, który w latach trzydziestych pracował w USA, zdecydował się po wojnie wrócić do ojczyzny. Z całą swoją wiedzą, obejmującą 3000 lat chińskiej literatury opisującej awifaunę kraju i przeświadczeniem, że czas zmienić sytuację, w której chińskie zwierzęta poznają i opisują obcokrajowcy.
Dlatego w 1951 roku założył pekińskie Muzeum Historii Naturalnej. To był cel jego powrotu - przejęcie rodzimej fauny we własne ręce i do 1957 roku podjął kilka ważnych wypraw do południowych i środkowych Chin, by badać tutejsze ptaki (z udziałem ornitologów z ZSRR i NRD). Napotkał apokalipsę.
Cheng Tso-hsin został zdegradowany, odebrano mu tytuły, pracę naukową, zmuszono do sprzątania toalet i noszenia plakietki z napisem "jestem reakcjonistą".
Za opór przeciw tępieniu wróbli zapłacił wysoką cenę. Uznano go za reakcyjnego kontrrewolucjonistę, w myśl zasady "im więcej książek przeczytałeś, tym więcej masz wątpliwości". Cheng Tso-hsin został zdegradowany, odebrano mu tytuły, pracę naukową, zmuszono do sprzątania toalet i noszenia plakietki z napisem "jestem reakcjonistą".
Tak było do chwili, gdy partia zorientowała się, że Cheng Tso-hsin miał rację, a konsekwencję wymordowania znacznej liczby wróbli w kraju są opłakane. Wtedy go zrehabilitowano, oddano profesurę w Pekinie, a w 1978 roku wydana została nawet jego przełomowa książka o chińskiej awifaunie.
"Znaczna liczba" to określenie bezpiecznie, bo nie wiemy i nigdy się nie dowiemy, ile wróbli padło ofiarą eksterminacji. Zwłaszcza, że przy okazji zabijano i inne ptaki. W Chinach żyją nie dwa - jak u nas - ale pięć gatunków wróbli z rodzaju Passer, tj. obok wróbla domowego i mazurka są to także wróbel skalny, wróbel cynamonowy, wróbel mongolski i wróbel śródziemnomorski, z zasięgiem aż tutaj. Do tego mnóstwo ich krewniaków. Skoro liczbę chińskich wróbli w 1956 roku oszacowano na 2.5 miliarda, a co najmniej 600 milionów zginęło, to były to straty znaczne (zapewne niedoszacowane).
Efekt był piorunujący, bo brak dostatecznej liczby tych ptaków zachwiał przyrodą Chin. Wróble odpowiadały za ograniczenie liczby wielu owadów, w tym także tych, które powodowały konsekwencje dla rolnictwa na dużą skalę. Sam atak szarańczy rozpanoszonej po ograniczeniu liczby ptaków zniszczył 15 proc. chińskich upraw roślin, a w niektórych częściach kraju - nawet 60 procent. Dochodziły do tego niezjedzone przez ptaki bezkręgowce, które żywiły się wieloma zapylaczami. To dodatkowo uderzyło w plony. Walka z wróblami i zniszczenie ich poruszyło klocek domina, który wywołał reakcję łańcuchową o sile atomu.

Głód i miliony ofiar
Do dzisiaj chińscy i międzynarodowi historycy i zoologowie badają konsekwencje Wielkiego Skoku i wpływu na katastrofę braku ptaków. Wiadomo, że wszystko razem wywołało w Chinach straszliwą klęskę jaką jest głód. Ekstremalny głód prowadzący do cierpienia i aktów kanibalizmu. Klęska ta wg różnych źródeł pochłonęła od 15 do nawet 75 mln ludzkich istnień. To więcej niż japońska okupacja Chin.
W 1960 roku Mao Zedong wydał polecenie o usunięciu wróbli z listy plag. W swym przemówieniu o higienie poinformował chiński naród, że ich miejsce zajmą pluskwy.
"Mówicie - rabusie i złodzieje,lecz tak szybko nadejdzie trwoga,gdy plonów strzec przestaną skrzydlaci przyjaciele,co z kukurydzy wypędzają wrogapodstępnego. Od stu klęsk, których każdy się boi.Zmiażdżą chrząszcze w ich twardej zbroi,szarańczę co pochłania wszech światślimaki łakome. Tak czyni tylko brat"
Henry Wadsworth Longfellow, "Ptaki Killingworth". Tłumaczenie własne.














