Reklama

Żeby zobaczyć z bliska przyszłość, wystarczy wybrać się do jednej z ogromnych metropolii rosnących na wybrzeżach Indii, Nigerii czy Chin. Indyjski Mumbaj liczy dziś 19 mln mieszkańców i jest 9. największym miastem świata. Szybko pnie się jednak na tej liście w górę. Już za 15 lat będzie miał ponad 25 mln mieszkańców i będzie szóstym największym megamiastem świata. 

Jego dotychczasowy rozwój był błyskawiczny. Opublikowane w październiku badanie pokazało, że miasto w okresie między 1991 a 2018 r. zwiększyło swoją zabudowaną powierzchnię o 99,9 proc. W tym samym czasie Mumbaj stracił 58 proc. otwartych przestrzeni, 40 proc. zieleni i 25 proc. zbiorników wodnych. Pożarły je biura, centra handlowe i domy. Miasto próbowało powstrzymać niekontrolowany wzrost wprowadzająć zakaz budowy wysokich budynków. Skutki były odwrotne od zamierzonych. Zamiast rosnąć w górę, Mumbaj rozlał się na całą okolicę. 

Konsekwencje są wyraźnie odczuwalne już dziś. Niewydolna sieć transportowa miasta sprawia, że dojazdy do pracy w dramatycznie przeładowanej komunikacji miejskiej i na zatłoczonych ulicach zajmują mieszkańcom średnio 50 minut dziennie. Dwa razy dłużej, niż w zachodnich megamiastach. Problemy z dostępem do wody czy energii są codziennością. A spotęgowany niszczeniem miejskiej zieleni efekt miejskiej wyspy ciepła sprawił, że w ciągu 27 lat średnia temperatura w mieście wzrosła aż o dwa stopnie Celsjusza. 

Ta sama historia powtarza się na całym świecie. Miasta stanowią magnes dla milionów ludzi z tych samych powodów: dają szansę na lepiej płatną pracę, na wykształcenie, na skorzystanie z niedostępnych w wielu wiejskich regionach okazji i możliwości. Dają wreszcie schronienie przed niektórymi konsekwencjami zmian klimatu - utratą gruntów rolnych, stepowieniem, powodziami niszczącymi dobytek. Ale jednocześnie rosnąc same, coraz bardziej przyczyniają się do tych zmian, a w wielu przypadkach mogą stać się pułapką, narażając mieszkańców na jeszcze poważniejsze konsekwencje procesów związanych z ocieplaniem planety. 

Oznaka urbanizacji

Jednym z głównych bodźców wpływających na rozwój megamiast są, rzecz jasna, pieniądze. Jeszcze w 2011 r. firma consultingowa McKinsey przewidywała, że około 2025 r. megamiasta takie jak, Sao Paulo czy Szanghaj będą generowały PKB przekraczające 500 mld dol. rocznie, wyższe od PKB krajów takich jak Szwajcaria czy Belgia. Wielkie centra finansowe ściągają do tych miast kolejne firmy, a te przyciągają pracowników, prowadząc do galopującej koncentracji i coraz szybszego ich rozwoju. Przynajmniej w teorii miasta pozwalają jednak łatwiej zaspokoić potrzeby ludzi: z badań firmy wynika, że zaspokajanie podstawowych potrzeb mieszkańców, takich jak edukacja czy dostęp do czystej wody, jest w miastach o 30 do 50 proc. tańsze niż na wsi. 

McKinsey wskazuje jednak, że ten rozwój napotka wkrótce na barierę. I nie będzie nią brak betonu czy stali potrzebnych do stawiania nowych budynków, a brak możliwości zarządzania czymkolwiek, co dzieje się na ich terenie. Miejskie molochy, zwłaszcza te które przeżyły w ostatnich dziesięcioleciach demograficzną eksplozję, do bardzo złożone organizmy wymagające precyzyjnego planowania i zarządzania. Wielkie miasta globalnej północy stworzyły dawno efektywne miejskie rządy o władzy dorównującej władzy wielu rządów narodowych i skutecznych mechanizmach zbierania podatków i finansowania kluczowych inwestycji. Miasta globalnego południa rozwijały się często w sposób zupełnie niekontrolowany, pochłaniając sąsiednie miejscowości i prowincje, ale nie tworząc żadnego ujednoliconego systemu zarządania. Nie mają żadnej możliwości tworzenia efektywnych planów nawet na rok do przodu. Nie wspominając o perspektywie 20 czy 30 lat. 

Tymczasem to właśnie kraje rozwijające się napędzają globalny trend urbanizacji. Aż jedna trzecia z nowych mieszkańców miast będzie żyć w metropoliach w zaledwie 3 krajach: Nigerii, Indiach i Chinach. Już dziś 27 z 33 globalnych “megamiast" liczących ponad 10 mln mieszkańców znajduje się w krajach Globalnego Południa. Leży tam także 9 z 10 miast, które ten status osiągną przed 2030 r. Jedynym miastem z globalnej północy które przekroczy ten poziom jest Londyn, który powoli, ale stabilnie zwiększa swoją populację do poziomów niewidzianych tam od dziesięcioleci. 

Już dziś wiele megamiast takich jak Mumbaj jest po prostu zbyt dużych, by dało się nimi efektywnie zarządzać. Metropolie takie, jak Kair, Lagos, Dżakarta czy Meksyk, liczące po kilkanaście milionów mieszkańców, rosły tak szybko, że za tym rozwojem nie nadążała rozbudowa ich podstawowej infrastruktury. Miasta - molochy są zakorkowane, cierpią z powodu biedy, przestępczości i niewydolności służby zdrowia, systemu edukacyjnego, ale nawet sieci energetycznej czy wodociągów. W wielu z nich rozlewające się slumsy sąsiadują z błyszczącymi wieżowcami, wiele spośród których pozostaje pustych, bo rosnące ceny wynajmu nieruchomości sprawiają, że większości mieszkańców nigdy nie będzie stać na to, by w nich mieszkać czy prowadzić firmę. 

W ekstremalnych przypadkach władze postanowiły zacząć od zera. Kair, który w 2025 r. będzie liczył 28 mln. mieszkańców, podejmował próby takiego restartu już trzy razy. W 2015 r. władze ogłosiły plan stworzenia na pustyni nowej, wartej 40 mld. euro stolicy z parkiem dwukrotnie większym od nowojorskiego Central Parku. Wcześniej, w latach 70. egipskie władze stworzyły 30 km na zachód od stolicy “Miasto 6 października". W 2000 r. ogłoszono rozpoczęcie budowy “Nowego Kairu", 30 km na wschód od zatłoczonej stolicy. Oba miasta mają dziś po około 200 tys. mieszkańców. Stary Kair rozrasta się jednak coraz szybciej. 

Jeszcze większy problem mają władze Indonezji. Położona na Jawie Dżakarta liczy dziś około 10 mln. mieszkańców, ale cała aglomeracja ma ich już niemal 30. Megamiasto jest jednak skazane na zagładę. Według prognoz klimatologów, całe miasto może znaleźć się pod wodą już w 2050 r. Odpowiedzią władz na kryzys jest decyzja o wybudowaniu zupełnie nowej stolicy, na sąsiedniej wyspie Borneo. Wiosną tego roku władze Indonezji pokazały wizualizacje nowoczesnego pałacu prezydenckiego i innych reprezentacyjnych budowli. O przeniesieniu w bezpieczne miejsce dziesiątków milionów mieszkańców slumsów nikt nie wspominał. 

Nadchodzące problemy

Nie tylko Dżakarta jest zagrożona. Z opublikowanego właśnie w Environmental Research Letters badania naukowców z organizacji Climate Central wynika, że w ciągu najbliższych 200 lat pod wodą mogą znaleźć się megamiasta zamieszkiwane łącznie przez miliard ludzi. Rosnący poziom mórz najbardziej zagraża miastom w Chinach, Indiach, Indonezji i Wietnamie. Jeśli ocieplenie sięgnie 4 stopni Celsjusza, co przewidują pesymistyczne prognozy, jeszcze przed końcem tego stulecia w śmiertelnym niebezpieczeństwie znajdzie się 50 wielkich miast. 

Dotknie także Polski. Z prognoz wynika, że przy wzroście temperatury o 2 stopnie zalanie zagrozi nie tylko Żuławom, ale Policom, Sczecinowi, Gdańskowi, Nowemu Dworowi, Elblągowi, a woda może podejść nawet do przedmieść Pruszcza Gdańskiego i położonej ponad 100 km. od morza Cedyni. 

Podnoszący się poziom morza to jednak tylko jeden z negatywnych efektów zmian klimatu który wpłynie mocno na życie megamiast. Równie wielkim niebezpieczeństwem dla największych zbiorowisk ludzi są fale upałów, susze i braki wody. Do 2050 r. liczba miast w których średnia temperatura będzie przekraczała 35 stopni Celsjusza wzrośnie z 354 dziś do 970. A aż 14 z 20 największych miast na świecie będzie doświadczało częstych braków wody pitnej. Spośród 100 najszybciej rosnących na świecie miast aż 84 proc. jest narażonych na “ekstremalne ryzyko" konsekwencji zmian klimatu. Kolejnych 14 jest "zagrożonych". Susza, która dotknęła w 2018 r. południowoafrykański Kapsztad może okazać się tylko przygrywką. 

Problem nie dotyczy jedynie miast globalnego Południa. Do połowy wieku panujący w Londynie klimat będzie przypominał warunki, jakie dziś odczuwalne są w Barcelonie. Seattle znajdzie się w strefie klimatycznej dzisiejszego San Francisco. W ciągu 30 lat trzy czwarte największych miast świata znajdzie się w zasięgu klimatu zupełnie odmiennego od tego, dla którego zaprojektowano ich, często liczącą dziesięciolecia czy stulecia, infrastrukturę. Tymczasem badania wskazują, że tempo, w jakim największe metropolie mogą przebudowywać swoją infrastrukturę na potrzeby nowej rzeczywistości, nie przekracza 3 proc. rocznie. 

Niepewna przyszłość

Miasta nie są jednak biernymi ofiarami zmian klimatu. Są także jedną z napędzających je przyczyn ale też być może sposobem na ograniczenie ich skutków. Jako centra przemysłu, handlu i kultury, odpowiadają za o wiele większy odsetek emisji wpływających na ocieplenie klimatu niż tereny wiejskie. Szacuje się, że aż 70 proc. wszystkich emisji wiąże się właśnie z funkcjonowaniem metropolii. 

Tu kryje się jednak szansa. Dobrze zarządzane miasta dają szansę na szybką redukcję tych emisji. Od rozwoju niskoemisyjnego transportu, przez wprowadzanie norm ograniczających energochłonność przemysłu i budownictwa, po skoordynowane działania na rzecz ratowania i odtwarzania terenów zielonych, miasta mogłyby, przynajmniej w teorii, szybko zredukować swoje emisje gazów cieplarnianych. 

Wystarczyłoby skupić się tylko na największych z nich. Według opublikowanego latem w Frontiers in Sustainable Cities badania naukowców z Uniwersytetu Jat-sen Suna w Chinach, zaledwie 25 miast odpowiada za ponad 52 proc. wszystkich emisji gazów cieplarnianych. Co więcej, w 30 z 42 miast na temat których mamy dobre dane dotyczące emisji, w ciągu ostatnich dziesięcioleci emisje spadły. Przyspieszenie tej redukcji wymagałoby jednak dobrego planowania i zarządzania. A to jest właśnie największy problem rosnących szybko megalopolii.