Reklama

Zmarł noblista, który uratował świat

Uratował świat i chciał zrobić to jeszcze raz. Zmarł noblista, który ostrzegł ludzkość przed dziurą ozonową i działał na rzecz ocalenia planety przed kryzysem klimatycznym.

Prof. Paul J. Crutzen został naukowcem przypadkiem. Syn kelnera i kucharki dorastał w biedzie w okupowanej Holandii. Po wojnie dostał pracę, jako programista na Uniwersytecie Sztokholmskim, choć wcześniej nie miał do czynienia z komputerami. To tam zaczął się też kształcić, najpierw na wydziale statystki i matematyki, a później meteorologii.

- Był wspaniałym przykładem dla wszystkich naukowców, ponieważ nie bał się wskazać moralnych implikacji zmian, jakie ludzie wywołują w atmosferze. I nie bał się krytykować działań i polityki rządu - powiedział Bloombergowi prof. James Hansen, który wraz z prof. Crutzenem, jako jeden z pierwszych alarmował świat w sprawie globalnego ocieplenia.

Reklama

Nagroda za badania nad ozonem

Crutzen był jednym z pierwszych meteorologów, którzy zajęli się badaniem ozonu w atmosferze. "Kiedy wybierałem ten temat pracy, nie miałem zielonego pojęcia, co mnie czeka" - wspominał później. 

W latach 80. udowodnił, że pewne związki chemiczne niszczą gaz zawieszony wysoko nad powierzchnią Ziemi, ten, który blokuje nadmiar docierającego do nas zabójczego promieniowania ultrafioletowego (ozon jest specyficzną formą tlenu, o cząsteczkach składających się z trzech, a nie, jak zwykle, dwóch atomów pierwiastka). Kilka lat później dwóch chemików, Frank Rowland i Mario Molina wykazało, że odpowiedzialne za niszczenie warstwy ozonowej mogą być freony, czyli gazy powszechnie stosowane wówczas w chłodnictwie i sprayach.

Branża chemiczna gwałtownie protestowała przeciwko ich wnioskom i próbowała dyskredytować ich badania, ale w 1985 r. naukowcy odkryli dziurę w warstwie ozonu nad Antarktydą. To doprowadziło do niespotykanie szybkiej globalnej reakcji: już dwa lata później podpisano tzw. Protokół Montrealski, zakazujący produkcji i wykorzystywania szkodliwych gazów. 

Od tamtej pory warstwa ozonowa odbudowuje się w tempie 1-3 proc. na dekadę. Do pierwotnego stanu ma powrócić w latach 30. 

Dziś sukces tamtych działań uważany jest za wzór, jak wyniki badań mogą prowadzić do dyplomacji i współpracy, której celem jest ochrona życia. Często właśnie wydarzenia z początku lat 80. ubiegłego wieku stawiane są za zwór tego, jak powinniśmy działać na rzecz ograniczenia emisji gazów cieplarnianych.

W 1995 r. prof. Crutzen, Molina i Rowland za swoje dokonania zostali uhonorowani nagrodą Nobla. W uzasadnieniu stwierdzono, że naukowcy "przyczynili się do wybawienia ludzkości od globalnego problemu środowiskowego, który mógł mieć katastrofalne konsekwencje". 

Nazwa dla naszych czasów

Fluory i inne gazy niszczące ozon przyczyniają się też do ogrzewania planety. I to właśnie powstrzymywaniu ocieplenia Crutzen poświęcił ostatnie lata pracy. Dokładnie 21 lat temu zaproponował nową nazwę dla trwającego właśnie okresu historii Ziemi. Antropocen od greckiego "anthropos", czyli "człowiek" dla podkreślenia, że to właśnie ludzie są dziś kluczowym czynnikiem kształtującym wszystkie procesy na naszej planecie. 

Prof. Crutzen uprzedzał, że walka ze zmianami klimatu będzie "przytłaczającym zadaniem", a rolą naukowców i inżynierów jest poprowadzenie ludzkości na drodze do takiego świata, w którym nasza cywilizacja nie będzie wywierać niszczycielskiego wpływu na naturę. Pisał też o tym, że może się okazać, iż człowiek będzie musiał przejąć bezpośrednią kontrolę nad klimatem przy pomocy tzw. geoinżynierii, czyli technologii umożliwiających obniżenie temperatury planety na przykład przez rozpylanie w atmosferze soli odbijających promienie słoneczne z powrotem w kosmos.

W wywiadzie z 2014 r. przyznał jednak, że stosowanie podobnych metod budzi w nim obawy, bo mogłoby sprawić, że ludzkość usiadłaby na laurach i zrezygnowała z redukcji emisji gazów cieplarnianych. W rozmowie z Christianem Schwagerlem powiedział również: "Ludzkość tworzy tak wiele piękna, że zastanawiam się, kiedy znów uczynimy Ziemię piękną zamiast ją wykorzystywać".

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama