Reklama

Ukryta cena tanich ubrań. Środowisko ponosi wszystkie koszty

Płacąc kilkadziesiąt czy nawet kilkanaście złotych za tani t-shirt nie zastanawiamy się nad tym, skąd wzięła się aż tak niska cena. Prawda jest jednak gorzka - ubranie kupione w "sieciówce" to kolejna cegiełka przyczyniająca się nie tylko do wyzysku pracowników, ale i także ogromnych strat dla środowiska naturalnego na całym świecie.

Co roku w sklepach sprzedawanych jest w sumie około 60 milionów ton ubrań. Tylko w Europie ta ilość wzrosła aż dwukrotnie od początku XXI wieku. Ubrania, które się nie sprzedadzą trafiają na składowiska lub do spalarni. Wyliczono, że szwedzka sieć H&M niszczy co roku aż 15 ton nowych, niesprzedanych rzeczy. Z kolei w 2018 r. ekskluzywna brytyjska marka Burberry przyznała się do spalenia ubrań o wartości 38 mln dolarów, aby chronić luksusowy wizerunek marki.

Fast fashion, czyli szybko i tanio

Wartość globalnego przemysłu tekstylnego wycenia się obecnie na około trzy biliony dolarów. Ta szokująca liczba w najbliższych latach będzie jednak na pewno jeszcze rosnąć. Wszystko za sprawą "fast fashion", czyli szybkiej, taniej odzieży produkowanej na masową skalę. Bez dbałości o jakość, wpływ na środowisko, ani nawet prawa pracowników.

Reklama

Fast fashion sprawiło, że producenci mogą oferować klientom coraz to nowsze wzory praktycznie z tygodnia na tydzień. Od zamówienia nowego towaru w szwalni do jego dostarczenia do sklepów mija maksymalnie kilkanaście dni. Dlatego największe sieci, takie jak np. hiszpańska Zara, są w stanie zaoferować klientom w ciągu roku nawet 60 tys. różnych modeli ubrań. Skala jest ogromna, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że sporo tych rzeczy się nie sprzedaje i wędruje do utylizacji.

Internetowi giganci mordują naszą planetę

"Szybka moda" od kilku lat ma niestety kolejnego sprzymierzeńca - internet. Rozwój internetowych sklepów-gigantów oraz łatwość wysyłki przedmiotów za granicę sprawiły, że ubrania stały się jeszcze tańsze i zakupy nie wymagają żadnego wysiłku. Chińska marka Shein ma w swojej ofercie ponad pół miliona produktów, których ceny zaczynają się już od kilku złotych. Sukienkę można kupić za 40 zł, torebkę - za 30 zł. Dostawa jest oczywiście darmowa.

Aby zdobyć klientów, internetowi giganci fast fashion posługują się jednak nie tylko atrakcyjnymi cenami. Sklepy są najeżone algorytmami podpowiadającymi nam ubrania i promocje dopasowane do naszych preferencji. Oferty promowane są także przez wynajętych influencerów, którzy w social mediach za pieniądze zachwalają markę pod niebiosa. Tak właśnie robi Shein, które jest oskarżane o podnajmowanie szwalni niepłacących pracownikom składek zdrowotnych i zatajanie informacji na temat swojej działalności.

Wpływ branży modowej na środowisko jest katastrofalny

Co się dzieje z ubraniami, których nie uda się szybko sprzedać światowym gigantom? Trafiają do utylizacji - albo w spalarniach, albo na składowiskach. Co roku składuje się aż 100 milionów kolejnych ton tekstyliów. Większość trafia do Ameryki Południowej i Azji.

Rozkładające się tkaniny to jednak nie koniec szkód dla środowiska. Produkcja ubrań pochłania też gigantyczne ilości wody i zatruwa rzeki ściekami zawierającymi toksyczne barwniki. Odpowiada także za 10 proc. globalnych emisji dwutlenku węgla. Z kolei uprawa bawełny przyczynia się do wycinki lasów.

Warto o tym wszystkim pamiętać gdy będziemy chcieli wrzucić do koszyka kolejną nową rzecz. Branża modowa uwielbia oznaczenia "eco", "bio" i "sustainable", ale niestety z reguły są to tylko puste slogany. Dopóki radykalnie nie zmienimy swoich przywyczajeń co do kupowania ubrań, koszty w końcu poniesiemy wszyscy. Nawet jeśli uda nam się zaoszczędzić kilka złotych, wybierając t-shirt z "sieciówki". 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy