Reklama

Tuż po publikacji pierwszej części raportu IPCC hiszpańscy uczeni przekazali dziennikarzom roboczą wersję kolejnej jego części, która ma być opublikowana w marcu. Twierdzili, że boją się, że dokument zostanie ocenzurowany przez polityków. Jest aż tak źle? 

Prof. Michael Oppenheimer: Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu działa tak, że naukowcy piszą rozdziały, w których bardzo szczegółowo wyliczają fakty. Trwa to około trzech lat. Na końcu tego procesu wraz z przedstawicielami rządów, wśród których są naukowcy i dyplomaci, tworzą streszczenie raportu znane jako "podsumowanie dla decydentów". Ma ono formę łatwą do zrozumienia dla osób niebędących naukowcami. Jeszcze ważniejsze jest to, że tematy, które są uwypuklone w każdym podsumowaniu, są zatwierdzane przez rządy. I tu czasami pojawiają się kontrowersje. W 2014 r. zdarzyło się tak w przypadku jednego z raportów grupy roboczej zajmującej się redukcją emisji i aspektami gospodarczymi zmian klimatu. Dlatego, jak sądzę, jest pewien poziom dyskomfortu wśród ludzi, którzy są zaangażowani w prace grupy, bądź śledzą z bliska jej postępy. 

O ile wiem, nie było podobnych problemów w przypadku pierwszej, opublikowanej w tym roku części raportu. Wątpię, by wydarzyło się w przypadku drugiej. Jestem zaangażowany w prace IPCC od wielu lat i byłem na wielu wspólnych sesjach polityczno-naukowych. Podobne problemy są rzadkie, ale się zdarzają. 

O pierwszej części raportu sekretarz generalny ONZ powiedział, że to "czerwony alarm" dla ludzkości. Pomijając fakt, że to pewnie już trzeci z rzędu raport IPCC, który ma być takim alarmem, to jaką mamy szansę, że następny raport nie będzie stwierdzeniem "uprzedzaliśmy was, a teraz przygotujcie się na najgorsze"?

Zgadzam się, że to czerwony alarm, ale należy pamiętać, że to sformułowanie padło z ust Sekretarza Generalnego, a nie naukowców, którzy zwykle są ostrożniejsi. Gdybyśmy jednak zrobili sondaż wśród naukowców obecnych na spotkaniach IPCC, to większość zgodziłaby się z Antonio Guterresem. Wyznaczanie ambitnych celów, które mamy spełnić za 50 lat nie wystarczy. Wtedy będzie już za późno. Będziemy już daleko poza punktem bez powrotu, daleko poza wyznaczonym limitem ocieplenia o 1,5 do 2 st. Celsjusza ponad poziomy preindustrialne. To poziom, który nazywany jest często klimatyczną "strefą zagrożenia". 

Wiele krajów w jakimś stopniu ograniczyło emisje albo przynajmniej tempo ich wzrostu. Mają plany krótkoterminowe. To nie wystarczy. Analizy porozumienia paryskiego pokazują jasno, co musimy zrobić, by spełnić wyznaczone cele i są to działania o poziom wyższe od tego, co rządy robiły do tej pory.

To nie przypadek, że w ciągu ostatniej dekady mieliśmy serię katastrof klimatycznych na całym świecie. Gazy cieplarniane, zwłaszcza pochodzący ze spalania węgla, ropy i gazu ziemnego dwutlenek węgla, podkręciły termostat Ziemi tak, że teraz widzimy reakcję w postaci szalejącego klimatu. 

Sytuacja będzie coraz gorsza. Każdy ułamek stopnia ocieplenia powoduje więcej podobnych zjawisk. W ciągu ostatniej dekady wręcz szokowało mnie, jak szybko jedne po drugich pojawiają się fale ekstremalnych upałów, nawałnice, huragany coraz częściej należące do kategorii czwartej czy piątej, susze czy wzrost poziomu mórz. Jednocześnie wciąż jeszcze nie widzieliśmy pełnych konsekwencji naszych emisji, bo istnieje opóźnienie między emisją a reakcją systemu klimatycznego.

Latem na Sycylii padł rekord temperatur w Europie, było 48,8 st. Mieliśmy susze, ogromne pożary w Grecji, powodzie w Niemczech, tornada w Czechach. W Europie, która mogła sama siebie uważać za bezpieczną i trochę nudną, to lato momentami wyglądało, jak koniec świata.  

Sformułowanie "koniec świata" to ładna metafora, ale ludzie są elastyczni i potrafią się dostosowywać do zmian. Będziemy musieli w pełni wykorzystać tę umiejętność. 

Nie każde z tych wydarzeń można ze stuprocentową pewnością nazwać konsekwencją zmian klimatu, ale wiemy, że to właśnie one wzmacniają niektóre typy burz, czy stanowią istotny czynnik w powstawaniu fal upałów. W 2003 r. w Europie Zachodniej z powodu bardzo wysokich temperatur zmarły tysiące ludzi. Później przeprowadzono pierwsze szczegółowe badanie, by sprawdzić związek między konkretnym wydarzeniem, a zmianą klimatu. Naukowcy wykazali, że prawdopodobieństwo wystąpienia tej konkretnej fali upałów było dwa razy większe z powodu nagromadzenia się gazów cieplarnianych w atmosferze. Potem podobne badania przeprowadzono po upałach w Rosji i na amerykańskim wybrzeżu Pacyfiku. Wyniki były podobne. Nie chcę powtarzać przekazu o "końcu świata", ale każdy ułamek stopnia ocieplenia pogarsza sytuację.

Sytuacja w Niemczech pokazała, że nie jesteśmy przygotowani na podobne zjawiska. W USA mamy ten sam problem. Nowy Jork, w którym mieszkam, dotknął niszczycielski huragan Sandy, ale 10 lat później wciąż nie zrobiono dostatecznie dużo, by obronić miasto przed kolejnym podobnym sztormem. 

Rządy powinny mieć dwa zasadnicze cele. Po pierwsze, zgranie swoich krótkoterminowych planów redukcji emisji i odchodzenia od paliw kopalnych z celami porozumienia paryskiego. Cel numer dwa to przygotowanie się na to, że i tak nastąpią kolejne katastrofy, bo efektów redukcji emisji nie odczujemy przez kilka dekad. Najnowszy raport IPCC stwierdza, że nawet jeśli zaczniemy działać natychmiast, to różnicę zauważymy za 20 lat. 

Wspomniał pan, że wiele z tych zdarzeń zostało z dużym prawdopodobieństwem uznanych za skutek zmiany klimatu. Naukowcy lepiej nauczyli się atrybucji ekstremalnych zjawisk, czy po prostu są bardziej ośmieleni?

Jedno i drugie. Wiem, że jesteśmy w stanie coraz lepiej wiązać konkretne wydarzenia ze zmianami klimatu. Przed wspomnianym badaniem z 2003 r. naukowcy zazwyczaj stwierdzali, że żadnego pojedynczego wydarzenia nie można nazwać wprost skutkiem emisji gazów cieplarnianych przez ludzkość. To już przeszłość. Teraz potrafimy badać takie wydarzenia, nawet gdy wciąż trwają. Wykorzystując symulacje komputerowe możemy sprawdzać, co by się stało, gdyby stężenie gazów cieplarnianych było dziś takie samo, jak w 1850 r., jak wyglądałaby wtedy intensywność upałów, czy burz, jaki byłby poziom morza i co za tym idzie, jaki obszar wybrzeża byłby zalany. Możemy zadawać takie pytania i odpowiadać na nie. 

Weźmy na przykład Huragan Harvey. Niesamowita ilość deszczu spadła na Houston w Teksasie w 2017 r. Pobiła wszelkie rekordy. Modele wykazały, że opady byłyby dwukrotnie niższe, gdyby zawartość gazów cieplarnianych była taka, jak w czasach sprzed epoki przemysłowej, czy nawet w latach 50. XX w. Możemy to powiedzieć z bardzo dużą pewnością. Takie badania ośmielają naukowców do prezentowania bardziej konkretnych wniosków. To może wydawać się odwagą, ale nią nie jest. To nauka. 

W 2017 r. dawał pan ludzkości zaledwie 10 proc. szans na zatrzymanie ocieplenia przed przekroczeniem poziomu 1,5 st. Celsjusza. Jak teraz widzi pan nasze szanse? 

Będę się tego trzymał. Może nawet kilka procent mniej. Minęło kilka lat, a szanse nadal są niewielkie. 

U nas, w Stanach Zjednoczonych, to będzie jeden huragan za drugim. W waszej części świata to będzie zapewne jedna fala upałów za drugą. Ludzie ledwie skończą naprawę zniszczeń po pierwszym zdarzeniu, albo będą wciąż je naprawiać, kiedy nadejdzie następne. 

Mamy ograniczone zasoby. Mądrzej byłoby je wykorzystać na redukcję zagrożeń w przyszłości. Nawet, jeśli przekroczymy punkt krytyczny, wciąż powinniśmy poświęcać zasoby na jak najszybsze cięcia emisji, jednocześnie chroniąc ludzi przed konsekwencjami zmian klimatu, które będą odczuwalne jeszcze przez kolejnych kilka dziesięcioleci. Nie jestem pewny, czy ten przekaz dotarł już do rządów, ale naukowcy mówią o tym jednym głosem.

Co sprawia, że poziom 1,5 st. Celsjusza jest taki ważny? Jeśli popatrzeć na to przez pryzmat pogody, to właściwie żadna różnica.

Pamiętajmy, że prawdopodobieństwo wystąpienia ekstremalnych, niszczycielskich zjawisk rośnie wielokrotnie nawet przy niewielkich zmianach temperatury. 

Weźmy na przykład fale upałów. Prawdopodobieństwo wystąpienia 40-st., czy nawet 48-st. upałów w Europie było w dotychczasowych warunkach bardzo niskie. Wiemy to, bo mamy historyczne dane meteorologiczne. Jeśli jednak podniesiemy globalną temperaturę o stopień czy półtora, to prawdopodobieństwo wystąpienia upałów, które wcześniej pojawiały się raz na tysiąc lat, nagle gwałtownie rośnie i pojawiają się one co 50 czy 100 lat. Kolejny niewielki wzrost i mamy je co 10 lat. Jeszcze trochę i zdarzają się co rok. 

Najnowszy raport IPCC zawiera kilka podobnych projekcji i pokazuje bardzo wyraźnie, jak ryzyko pojawienia się niektórych zjawisk uważanych za mało prawdopodobne rośnie wielokrotnie nawet przy bardzo niewielkim ociepleniu globalnego klimatu. 

To nie jest tak, jak w przypadku pogody, gdy zmiana z 30 na 31 st. nie jest szczególnie odczuwalna. W przypadku klimatu to oznacza, że radykalnie przybędzie ekstremów. I to jest to, czym ludzie powinni się najbardziej niepokoić. 

Jak blisko jesteśmy punktu, w którym nie będziemy w stanie nic zrobić, a cały proces zacznie napędzać się sam?

Są na tę kwestię różne poglądy. Nie jestem wielkim fanem koncepcji, że po kilku stopniach ocieplenia, na przykład po przekroczeniu 2,5 st. Celsjusza, dojdzie do kataklizmu, a po powiedzmy przekroczeniu 3 st., proces ocieplania będzie przyspieszał w sposób niedający się zatrzymać. Pamiętajmy jednak, że po przekroczeniu poziomu 3 st. mówimy o świecie, o którym niewiele wiemy.

Nie mówię, że nie powinniśmy martwić się ryzykiem wystąpienia klimatycznych sprzężeń zwrotnych, które same będą napędzać dalsze ocieplenie, ale powinniśmy się skupić na tym, co wiemy. Zagrożenia, które znamy, są wystarczająco groźne. 

Jesteśmy w stanie ograniczyć emisje tak, by zatrzymać proces ocieplania planety przed znacznym przekroczeniem 2 st. 

Po dziesięcioleciach badań, czego jeszcze nie wiemy o klimacie? Jakie są znane nieznane i nieznane nieznane?

Jeśli idzie o nieznane nieznane, to przede wszystkim chodzi o zjawiska na globalną skalę, gdy jednocześnie wszystko idzie nie tak, jak powinno. To coś, co trudno w ogóle sobie wyobrazić, a tym bardziej opisać w sposób naukowy. 

Jest też wiele znanych nieznanych. Jedna z nich - a zajmuje mnie to przez sporą część mojej kariery naukowej - jest to los pokrywy lodowej zachodniej Antarktydy i części pokrywy lodowej Antarktydy wschodniej. Sądzimy, że 3-4 mln lat temu poziom morza był o 15 m wyższy, bo ta pokrywa stopniała. Obserwujemy teraz, że na krawędziach Antarktyki zachodzą zjawiska, które, jak sądzimy, odpowiadały za jej rozpad wtedy. Nie mamy jednak zadowalającego modelu, który odpowiedziałby na pytania, jak szybko będzie następował ten proces i jak bardzo jest nieodwracalny, a w związku z tym jakie jest prawdopodobieństwo, że nastąpi drastyczny wzrost poziomu morza. Wiemy z grubsza, co może się wydarzyć, ale nasza wiedza nie jest na tyle konkretna, byśmy mogli stworzyć wiarygodną prognozę. 

Dlaczego astrofizyk zajął się kwestiami środowiskowymi?

Odpowiedź jest prosta. Zajmowałem się astrofizyką przez 10 lat i prowadziłem całkiem ciekawe badania dotyczące komet i formowania się gwiazd, ale uznałem, że to wszystko jest zbyt oderwane. Widziałem natomiast wiele problemów środowiskowych, zacząłem o nich czytać i uznałem, że to jest pole, do którego mogę coś wnieść. Więc przerzuciłem się na badania dotyczące problemów środowiskowych. Cieszę się, że to zrobiłem. Nie chodzi o to, że nie szanuję astronomii, to po prostu kwestia tego, co uważałem za ciekawe i ważne na tym etapie mojego życia. 

A później wraz z Jamesem Hansenem zeznawał pan przed amerykańskim Kongresem otwierając politykom i mediom oczy na zagrożenie, jakim jest globalne ocieplenie. 

To była szansa na przebudzenie, może nie tyle opinii publicznej, bo nie sądzę, żeby aż tak się tym wtedy zainteresowała, ile z pewnością mediów i decydentów. Ludzi, którzy powinni zwracać na takie rzeczy uwagę, bo to jest praca, za którą im płacimy, zostali wtedy wywołani do tablicy. 

Teraz umiejętność sformułowania polityki klimatycznej jest jedną z miar, jaką w demokracjach oceniamy przywódców. To samo dotyczy sektora prywatnego i szefów korporacji. Ci, którzy nic nie robią, którzy kłamią odnośnie konsekwencji środowiskowych swojej działalności, są pociągani do odpowiedzialności. Mamy już pozwy sądowe m.in. w USA i Europie wytoczone zarówno rządom, jak i prywatnym firmom. Sądzę więc, że troska o klimat staje się społecznym imperatywem moralnym. Nie wygłaszanie oświadczeń, ale robienie czegoś, by ograniczyć emisje. Nowe pokolenie jest przygotowane do tego, by rozliczać z tego przywódców. A to wszystko w pewnym sensie zaczęło się w 1988 r. od przesłuchania, na którym Jim Hansen powiedział “nie możemy dłużej pozwolić sobie na nic nierobienie".

Jako jeden z kluczowych członków IPCC był pan jednym z adresatów pokojowego Nobla, którego organizacja otrzymała w 2007 r. wraz z działającym na rzecz kilmatu Alem Gorem. Biorąc pod uwagę, że przez kolejne lata tak niewiele się zmieniło w kwestii zapobieżenia katastrofie, czy to nie był rodzaj nagrody pocieszenia? 

Nie sądzę. Chodziło raczej o podkreślenie, jak ważne jest ciągłe zwracanie uwagi na ten problem, nawet jeśli decydenci niewiele z tym robią. To IPCC zawdzięczamy fakt, że kryzys klimatyczny skupił na sobie tak wielką uwagę. Nie uważam, żeby w Noblu chodziło o to, żeby poklepać nas po plecach i powiedzenie "teraz siadajcie w kącie", choć może niektórzy politycy by woleli, żeby tak było. 

Ostatnie pytanie będzie oczywiste. Mamy szansę zatrzymać ten kryzys?

Zatrzymanie tego procesu zajmie wiele czasu bez względu na to, czy przekroczymy poziom 2 st., czy nie. 

Ważne, by ludzie pamiętali o tym, że skutki zmiany klimatu są już dziś wystarczająco złe, a będą jeszcze gorsze. Musimy być na to gotowi, ale jeśli nie zrobimy nic z emisjami, to będzie o wiele gorzej. Z dwojga złego wolałbym żyć w świecie, który jest tylko trochę gorszy. 

To wszystko sprowadza się do wyborów, jakich dokonujemy. Nie tyle wyborów indywidualnych, ile kolektywnych, dokonywanych przez całe społeczeństwa. Nawet jeśli jednostki chcą działać, to muszą się zorganizować w jakiś sposób. W większości krajów potrafimy się bardzo dobrze organizować. Czas to pokazać.