Reklama

Oktokoptery, czyli "latające samochody". Czy tak będzie wyglądał transport przyszłości?

“Latające samochody" wydają się tworem z filmów z rodzaju "Powrotu do przyszłości”, które nie zagościły w realnym świecie. Jednak w branży technologicznej pojawia się coraz więcej propozycji indywidualnego transportu lotniczego. Ale czy ma to sens?

W rozwoju tego futurystycznego rynku ma udział także Polak. Mowa tu o Tomaszu Patanie, który współprojektował elektryczny dron pasażerki Jetson One. Ma on zostać oficjalnie zaprezentowany na żywo 8 czerwca bieżącego roku. Jest to także pierwszy oktokopter, który wyszedł z fazy prototypu i stał się gotowym produktem. Jednocześnie szwedzka firma Jetson, która jest producentem maszyny, poinformowała, że wyczerpała ilość zamówień na Jetson One na obecny rok. Pojazdy trafią do pierwszych właścicieli w roku 2023.

Reklama

Jetson One posiada akumulatory od firmy Tesla. Jest to pojazd typu VTOL, czyli może wykonywać pionowe starty i lądowania. Maszyna jest w stanie osiągnąć maksymalną prędkość lotu wynoszącą 90 km/h i utrzymywać się w powietrzu przez 20 minut, dlatego przeznaczona jest raczej na krótsze dystanse.

Innym produktem, który budzi zaciekawienie fanów nowych technologii i motoryzacji jest słowacki AirCar. Interesujące jest w nim szczególnie to, że nie jest on pojazdem typu VTOL, tak jak większość koncepcji "latających samochodów", ale czymś kształtem przypominającym tradycyjne auta, jednak... z dodanymi skrzydłami. Dlatego właśnie pojazd ten nie startuje pionowo, ale wymaga do tego pasa startowego. A od kierowcy licencji pilota.

Pojazd wyposażony jest w 140-konny silnik BMW, może osiągnąć prędkość ponad 160 kilometrów na godzinę i latać na pułapie do 2500 m nad ziemią. W ubiegłym roku odbył się jego próbny lot z Bratysławy do Nitry (ok. 75 km), który trwał 35 minut. Na początku bieżącego roku natomiast pojazd otrzymał certyfikat dopuszczający go do użytku w lotnictwie.

Przyszłość transportu?

Jasne jest, że tego rodzaju pojazdy robią ogromne wrażenie swoim futuryzmem. Czy jednak jest to powód, żeby określać je mianem środka transportu przyszłości? Nie wydaje się, żeby tak było. 

Zastosowanie tego rodzaju pojazdów zamiast samochodów nie rozwiązuje bowiem dużej części problemów wynikających z opierania transportu o indywidualny transport samochodowy. Oczywiście jako że mowa tu o pojazdach elektrycznych, to ograniczony zostaje problem emisji - o ile oczywiście zdekarbonizujemy polską energetykę - ale jeśli mówimy o transporcie w miastach, to nie rozwiąże to problemu deficytu miejsca. Tego rodzaju pojazdy trzeba rzecz jasna gdzieś zaparkować, co oznacza mniej miejsca na kluczowe dla adaptacji do zmian klimatycznych tereny zielone, a także budynki mieszkalne, których mamy w naszym kraju deficyt.

Czytaj też: Rower, czyli XIX-wieczny wynalazek i transport przyszłości

Większy sens zastosowanie takiej technologii ma więc w miejscach mniej zurbanizowanych, w których nie ma także rozwiniętego transportu zbiorowego - i np. nie ma możliwości go rozwinąć ze względu na rozsianą zabudowę - który stanowiłby alternatywę. Ale po pierwsze jak na razie jedyny pojazd tego rodzaju, który wyszedł z fazy prototypu i stał się produktem, może utrzymywać się w powietrzu jedynie 20 minut. Po drugie nawet jeśli do sprzedaży trafią produkty, których zasięgi wynoszą dużą więcej - nawet setki kilometrów - to jak na razie zaporową kwestią dla "przeciętnego zjadacza chleba" na pewno będzie cena - za wspomniany wcześniej Jetson One zapłacić trzeba bowiem w tym momencie 90 tys. dolarów. Trudno sobie więc wyobrazić, żeby w bliskiej przyszłości "latające samochody" zostały czymś więcej, niż tylko kolejną zabawką dla zamożniejszych.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy