Reklama

Nie widzieliśmy nawet domów sąsiadów - tak Delphine Oberti wspomina chaotyczne wydarzenia sprzed zaledwie kilkudziesięciu godzin. Lazurowe Wybrzeże, gdzie mieszka, pustoszą pożary. Gdy wokół domu Oberti w sielskim miasteczku Cavalaire-sur-Mer zaczęły spadać żarzące się jeszcze kawałki drewna poniesione wiatrem z nadciągającego pożaru, wraz z dwójką dzieci uciekła do domu rodziców. Jej mąż został na miejscu, by bronić dobytku. 

- Moje dzieci są roztrzęsione. Sześcioletni syn cały czas mówi tylko o ogniu - opowiada Francuzka. Jej rodzina miała szczęście, bo ich dom przetrwał, ale nie wszyscy spośród siedmiu tysięcy ewakuowanych będą mieli dokąd wrócić. Co najmniej dwie osoby nie zdążyły uciec. Ich ciała odkryli strażacy.

- Próbowaliśmy zawrócić, ale auto wpadło do rowu, więc musieliśmy biec milę w jedynym bezpiecznym kierunku, podczas gdy po obu stronach drogi szalały ogromne pożary - opowiadała w swojej stacji prezenterka BBC Geeta Guru-Murphy, która wakacje spędzała na Lazurowym Wybrzeżu. Wielki pożar rozwinął się wielokrotnie szybciej niż pojawiające się wcześniej w tym regionie. Wybuchł w poniedziałek, w pobliżu postoju przy drodze ekspresowej. W ciągu 48 godzin strawił 5 tys. hektarów. Płomienie zniszczyły też ponad połowę rezerwatu Plaine des Maures.

Francja to kolejny kraj, który dotknęła seria niedawnych pożarów. Tego lata zapłonęła niemal cała południowa Europa. Grecy w ciągu dwóch tygodni stracili 100 tys. hektarów. Portugalia i Hiszpania zmagają się z rozpędzającymi się dopiero kataklizmami. We Włoszech pożary, które zdewastowały już Sycylię i południe półwyspu, przesuwają się na północ. Władze musiały już ewakuować mieszkańców rzymskiego Tivoli. To tylko Europa. Ogień szaleje jednak na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy. Część badaczy mówi, że wkroczyliśmy w erę megapożarów. Nadali jej nawet nazwę. To pirocen, epoka ognia.

Łatwopalna planeta

- To są na razie rzeczy, które nas dziwią, przerażają, są czymś nadzwyczajnym. Przejmujemy się takimi wiadomościami. W przyszłości tak będzie wyglądała codzienność - mówił Interii prof. Zbigniew Karaczun, klimatolog ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i ekspert Koalicji Klimatycznej.

Ogień jest stałym elementem naturalnego środowiska. W opublikowanym pięć lat temu badaniu, prof. Stefan Doerr i dr Cristina Santin z Uniwersytetu Swansea wyliczyli, że średnio każdego roku płonie nawet 4 proc. powierzchni Ziemi. Większość wszystkich pożarów obejmuje stepy, sawanny, łąki i inne obszary zarośnięte niskimi trawami. Odległe i bezludne obszary Azji, Afryki i Australii.

Ogień zaczął się jednak zmieniać. Ewoluuje. Liczba pożarów trawiastych stepów w ostatnich dziesięcioleciach zaczęła spadać, co wynika z tego, że takie obszary coraz częściej zastępowane były pilnowanymi przez ludzi polami i pastwiskami. Coraz częściej płoną jednak lasy i to intensywność takich pożarów stale rośnie, pochłaniając coraz większe obszary. Na przykład w Kalifornii, 13 największych pożarów w historii stanu pojawiło się w XXI w. Siedem największych - w ciągu ostatnich trzech lat, z czego pięć w samym tylko 2020 r. Wina leży całkowicie po stronie ludzkości. "Społeczeństwo musi zrozumieć, że mieszkamy na łatwopalnej planecie" - alarmowali uczeni z Uniwersytetu Swansea.

Kataklizm w czasie rzeczywistym

Część winy można zrzucić na błędy popełniane przy ochronie lasów. Skala greckich pożarów byłaby zapewne mniejsza, gdyby tamtejsze władze, co wytknęły im media, nie zaniedbały budowy i utrzymania dróg przeciwpożarowych. Z kolei Amerykanie przez dziesięciolecia tak gwałtownie zwalczali nawet najdrobniejsze ogniska ognia, że rzadkie górskie lasy stosunkowo odporne na ogień, dla których niewielkie lokalne pożogi były zjawiskiem zupełnie naturalnym, zmieniły się w łatwopalny gąszcz.

Najważniejszym czynnikiem, jaki wpływa na skalę pożarów jest jednak narastająca katastrofa klimatyczna. Europejskie lato ognia jest skutkiem niespotykanej fali upałów, jaka nawiedziła południe kontynentu. Termometry na Sycylii odnotowały temperaturę 48,8 st. Celsjusza, najwyższą w historii europejskich pomiarów. Zachodnie stany USA zmagają się od dekady z suszą, która jest najprawdopodobniej najpoważniejsza od co najmniej 1200 lat.

Jeszcze kilka lat temu naukowcy wahali się przed bezpośrednim wiązaniem zmian klimatycznych z konkretnymi katastrofalnymi zjawiskami, ograniczając się do suchego stwierdzenia, że "wraz z podnoszeniem się globalnej temperatury rośnie zagrożenie ekstremalnymi wydarzeniami". To jednak się zmieniło.

- Dziś możemy studiować dokładnie takie wydarzenia jeszcze w ich trakcie - tłumaczył Interii prof. Michael Oppenheimer, jeden z najsłynniejszych klimatologów świata i współtwórca Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatycznych IPCC. - Korzystając z symulacji komputerowych możemy sprawdzać, co by się stało, gdyby poziomy dwutlenku węgla były takie, jak w 1850 r. Jak intensywna byłaby dana fala upałów czy burza? Możemy to określać z dużą precyzją. Naukowcy mogą więc odnosić się do konkretnych wydarzeń i mówić o ich związkach ze zmianą klimatu. To nie odwaga, to nauka.

Modele pokazały, że pożary, które w latach 2019-2020 spaliły 20 proc. australijskiego buszu, były o 30 proc. bardziej prawdopodobne przez wzrost globalnej temperatury. 

CZYTAJ DALEJ W TYGODNIKU INTERII