Reklama

Pnącze, które zjadło Południe. Jak japońska roślina podbiła USA

Kudzu jest dla wielu Amerykanów symbolem tego, jak katastrofalne skutki dla środowiska mogą mieć pojedyncze głupie decyzje. I choć reputacja rośliny jako niedającego się powstrzymać najeźdźcy jest nieco przesadzona, historia kudzu pokazuje, jak łatwo gatunki inwazyjne mogą się wymknąć spod kontroli.

Historia Kudzu zaczyna się w Azji. W Japonii charakterystyczne pnącze, o gałęziach, które mogą osiągać nawet 30 metrów długości, zazwyczaj żyje w górach, na obszarach, na których zimowe temperatury spadają nawet do -22 stopni Celsjusza. 

Roślina była doskonale znana ludom Azji Wschodniej od tysiącleci. Strzępy tkaniny z włókien kudzu znaleziono w pochodzącym sprzed 6 tys. lat stanowisku archeologicznym Cao Xie w Chinach. Konfucjusz zachwalał stroje z kudzu jako "lekkie i chłodne latem", a podręczniki rolnicze z XVII-wiecznej Korei zalecają rolnikom uprawiającym ryż sadzenie kudzu jako dodatkowego zabezpieczenia przed głodem. Kudzu było też stosowane w tradycyjnej medycynie jako lekarstwo na przeziębienia i alkoholizm. 

Reklama

Problemy zaczęły się jednak, kiedy roślina trafiła w cieplejsze strony, gdzie mrozy nie hamowały jej wzrostu. Bez ostrych zim, pnącze szybko wspina się po innych roślinach i oplata drzewa gęstą warstwą gałęzi i liści, blokując im dostęp do światła i zabijając. 

Ogrodnicza ciekawostka

Początkowo niewiele sugerowało jednak, że dość atrakcyjna roślina może stać się plagą. W XIX wieku w Europie i Ameryce zapanowała moda na nowe, nieznane, egzotyczne rośliny. Jedną z nich, chętnie sadzaną w ogrodach jako ozdoba, była właśnie kudzu o kwiatach pachnących winogronami.

Wlk. Brytania: Inwazyjne gatunki spowodowały co najmniej 5 mld funtów szkód

Po raz pierwszy do USA roślina trafiła w 1876 r. Jej pierwsze sadzonki były atrakcją na Wystawie Światowej w Filadelfii, i choć znalazła wielu amatorów, to nikt nie spodziewał się, że nieco ponad pół wieku później okryje się niesławą

Choć roślina jest jadalna i nadaje się na paszę dla bydła, przez pierwsze dziesięciolecia pozostawała jedynie ogrodniczą ciekawostką. Wszystko zmieniło się na skutek Wielkiego Kryzysu i dramatycznej suszy, która dotknęła znaczną część Stanów Zjednoczonych. 

Zielona nadzieja

Od 1934 r. rolnicze stany USA i kanadyjskie prowincje leżące na pokrywających środkową część kontynentu preriach doświadczyły serii katastrofalnych burz piaskowych połączonych z katastrofalnym spadkiem w ilości spadających tam opadów. Tak zwany "Dust Bowl" w ciągu sześciu lat doprowadziły setki farm do bankructwa i zmusiły wielu ludzi do szukania szczęścia w coraz bardziej zatłoczonych miastach. 

Jedną z przyczyn kataklizmu był fakt, że rolnicy nie robili nic, by zapobiegać erozji ziemi: niedostosowanie metod uprawy roślin do miejscowych, wietrznych warunków sprawiło, że jej życiodajna, wierzchnia warstwa była łatwo unoszona wiatrem.

Amerykański kongres wypowiedział więc wojnę erozji. A Kudzu miało być jedną z głównych broni w tej walce. Nowo stworzona Służba Ochrony Gleby uznała, że szybko rosnące pnącze doskonale nadaje się do stabilizacji gleby. W specjalnie stworzonych szkółkach wyhodowano ponad 70 milionów sadzonek, a władze federalne oferowały rolnikom, którzy zdecydują się je posadzić nawet 8 dolarów za akr kudzu. 

Dla wielu Amerykanów sadzenie kudzu stało się prawdziwą misją. Popularny prezenter radiowy i felietonista Atlanta Constitution Channing Cope pisał o roślinie niemal w kategoriach religinjych. Mówił, że dzięki roślinie jałowe farmy Południa "ponownie ożyją", a setki tysięcy akrów "czekają na uzdrawiający dotyk cudownej winorośli". Rośliną zainteresowali się także budowniczowie kolei i autostrad, którzy desperacko szukali czegoś, co zabezpieczyłoby przed osuwaniem gruntu strome i niestabilne nasypy. Kudzu-mania osiągnęła masową skalę: organizowano konkursy sadzenia rośliny, a Cope założył Kudzu Club of America, liczący 20 tys. członków i mający za cel obsadzenie rośliną trzech milionów hektarów ziemi na amerykańskim Południu. 

Celu nie udało się osiągnąć. Do 1945 r. roślinę posadzono na jednej osmej planowanego obszaru, a na początku lat 50. rząd federalny wycofał się z promowania sadzenia kudzu z obaw przed niekontrolowanym wzrostem rośliny, zwłaszcza w południowych stanach USA. 

Zielone niebezpieczeństwo

Było już jednak za późno. Kudzu faktycznie poczuło się na południu Stanów Zjednoczonych doskonale, i zaczęło rozprzestrzeniać się bez pomocy człowieka. Szybko rosnące rośliny opanowały w wielu regionach przydrożne skarpy, porastając drzewa i szybko zazieleniając stare, porzucone domy. Porośnięte gęstą warstwą kudzu lasy, budynki, słupy telefoniczne czy porzucone Buicki czy Cadillaki stały się dla wielu Amerykanów niemal symbolem południa. Kudzu zyskało przydomek "mila-na-minutę", który miał oddawać tempo jej wzrostu. Przylgnęło do niej określenie "pnącza, które zjadło Południe".  

Sukces kudzu bierze się między innymi z tego, że roślina doskonale gospodaruje dostępnymi jej zasobami. Potrafi pozyskiwać ogromną większość potrzebnego jej azotu z powietrza, dzięki czemu radzi sobie świetnie nawet na bardzo ubogich glebach. Większość swojej energii poświęca na zwiększanie powierzchni liści, dzięki czemu prowadzi niezwykle efektywną fotosyntezę, a ruchy liści pozwalają jej uniknąć przegrzania korony i maksymalizować nasłonecznienie gałęzi położonych niżej. Nie wymaga też zapylania. 

Ekosystemy jak domek z kart. Bioróżnorodność jest kluczowa dla całej światowej ekonomii

Sadzona początkowo przy drogach czy kolejach wciąż jest tam najczęściej spotykana. To jeden z powodów, dla których inwazja kudzu przybrała w oczach wielu Amerykanów niemal mityczną skalę. Faktycznie, jadąc przez drogi Georgii czy Alabamy można pokonać wiele kilometrów, nie widząc niczego, oprócz morza zielonych pnączy. Według powszechnie przytaczanych danych dziś roślina obejmuje już obszar niemal miliona hektarów i rocznie obrasta teren równy powierzchni sporego miasta.

Tyle mit. Rzeczywistość jest nieco mniej dramatyczna

Prawdziwa twarz zielonego “drapieżnika"

W rzeczywistości kudzu, choć faktycznie doskonale odnalazło się w amerykańskich warunkach, nie jest bezlitosnym, zielonym najeźdźcą. Roślina rzeczywiście rzuca się w oczy, porastając skraje lasów i przydrożne zagajniki, ale w rzeczywistości rzadko wnika głęboko w las, bo źle znosi zacienienie. Wbrew plotkom nie pochłania rocznie 40 tys. hektarów amerykańskich lasów, a jej zasięg zwiększa się w ciągu roku o niewiele, niż tysiąc. Całkowita powierzchnia zajęta przez kudzu to, według danych US Forest Service, nie milion hektarów, a 91 tysięcy. Sporo, ale to jeszcze nie apokalipsa. Amerykańscy leśnicy szacują, że roślina jest obecna w jednej dziesiątej procenta lasów Południa. Inne inwazyjne gatunki są o wiele bardziej niebezpieczne. Ligustr azjatycki zajął 14 razy większy obszar. 

Do tego dobre czasy dla kudzu dobiegają końca. Przez stulecie roślina korzystała z faktu, że w Ameryce nie miała żadnych naturalnych wrogów. Ale osiem lat temu w pobliżu lotniska Hartsfield-Jackson w Atlancie pojawił się jej śmiertelny przeciwnik. Japoński pluskwiak pasożytujący na kudzu najprawdopodobniej przyleciał do Ameryki wraz z towarami przywiezionymi z Azji i błyskawicznie wziął się do pracy, wysysając soki roślin. W dwa lata biomasa kudzu skurczyła się w tej okolicy o jedną trzecią. 

Co nie zmienia faktu, że kudzu jest doskonałym przykładem tego, do czego prowadzi wprowadzanie do ekosystemu obcych gatunków. W ciągu pół wieku roślina stała się na amerykańskim południu tak powszechna, że trafiła nawet do miejscowej kuchni - jej liście i kwiaty są przerabiane na galaretki. Co najmniej 30 ulic w południowych stanach USA ma kudzu w nazwie. 

A w 1999 r. magazyn Time zaliczył sprowadzenie kudzu do USA do 100 najgorszych pomysłów XX wieku. Roślina znalazła się w towarzystwie Traktatu Wersalskiego i zimnej fuzji jądrowej.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy