Reklama

Łazik południowy. Jak jeden kot zgładził cały gatunek ptaków

Łazik południowy był nielotem. Prawdopodobnie żywił się owadami, pająkami i innymi bezkręgowcami. Cały gatunek zgładził w trzy lata jeden kot. Ta niezwykła historia wydarzyła się przeszło 100 lat temu.

W historii niezwykłego łazika południowego niemal wszystko jest prawdopodobne, bo też do zagłady tego zwierzęcia doszło w ciągu trzech lat. Uważa się, że dokonał jej jeden kot, który ponoć miał nosić imię Tibbles, aczkolwiek niektóre nowozelandzkie źródła nie są pewne, czy to imię aby nie jest zmyślone.

Nowozelandzkie, gdyż to historia z Nowej Zelandii, co może nieco tłumaczyć, jak w kilkanaście lat zniknąć może z powierzchni Ziemi cały gatunek. Otóż bez problemu może.

Nieloty z Nowej Zelandii

Nowa Zelandia jest izolowaną częścią świata, która oderwała się od stałego lądu Gondwany na tyle dawno i na tak wiele lat, że powstała tu fauna unikalna i odmienna od każdej innej na świecie. Odmienna, aczkolwiek podobna, gdyż odizolowana Nowa Zelandia podlegała takim samym procesom przyrodniczym jak wszystkie inne miejsca świata, a jednym z tych procesów jest konwergencja.

Reklama

Czym jest konwergencja? Konwergencja polega na tym, że zupełnie różne gatunki zwierząt zostawione na dostatecznie długo w podobnym środowisku zaczynają wyglądać podobnie, gdyż znajdują zbliżone rozwiązania na dostosowanie się do tych warunków. 

Przykładem jest podobna budowa ciała ryb, delfinów czy wymarłych ichtiozaurów - organizmów z kompletnie różnych grup, które niewiele mają ze sobą wspólnego, a jednak podobnych wyglądem, gdyż żyją w zbliżonym środowisku. Inny przykład do budowa skrzydeł ptaków, nietoperzy i owadów - niespokrewnione zwierzęta znalazły zbliżony pomysł na poruszanie się w powietrzu.

Na odizolowanej Nowej Zelandii w zasadzie w ogóle nie było ssaków - poza garstką gatunków rodzimych nietoperzy. Z czasem zatem niektóre ptaki zaczęły przejmować ich role i upodabniać się do ssaków - np. kiwi, którego pióra nawet przypominają włosy. Jednym z takich upodobnień była utrata umiejętności lotu, który tu przez miliony lat okazywał się tu zbędny. Do czasu, jak się okazało.

Polował jak orzeł, jadł jak sęp. Naukowcy odkrywają sekrety gigantycznego wymarłego drapieżnika

Gdy spojrzymy na nieduże ptaki zwane barglikami, wzruszymy ramionami. Nic w nich ciekawego - ot, małe ptaszki, jakich wiele wokół nas. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że nowozelandzkie bargliki to tak zwany klad bazalny wszystkich naszych ptaków wróblowatych, a zatem punkt wyjścia ich ewolucji. Kiedyś mówiło się, że to "najprymitywniejsze gatunki", ale dzisiaj nie używa się w zoologii słowa "prymitywny", chociaż tutaj nigdy nie miał on pejoratywnego znaczenia. Prymitywny oznaczał tu jedynie "wyjściowy", "od którego się zaczęło" czy też "posiadający cechy, które u innych zaniknęły", co jest niezwykle interesujące z przyrodniczego punktu widzenia.

Bargliki na Nowej Zelandii to dawni krewni strzyżyków. Ptaki te nieco wstrzymały swoją ewolucję, przez co możemy zaobserwować jak ptaki wróblowate wyglądały kiedyś. Wiele z tych zwierząt utraciło też zdolność lotu - albo w ogóle, albo w sporym stopniu.

Łazik, czyli nielotny wróbel

Należący do barglików ptak zwany łazikiem południowym prawdopodobnie nie potrafił latać w ogóle. Według skąpych doniesień z XIX wieku, biegał po ziemi, krył się w zaroślach i tam poszukiwał pokarmu - drobnych bezkręgowców, w tym owadów, pająków, ślimaków. Był jednym z zaledwie pięciu znanych nauce nielotnych gatunków wróblowatych. Wśród polskich ptaków do tego gatunku należą wróbel, sroka, sikorka czy skowronek.

Na Nowej Zelandii i okolicznych wysepkach różne gatunki ptaków stworzyły odrębne gatunki. Łazik południowy żył na niedużej wyspie Stephens, leżącej 3 kilometry od nowozelandzkiego lądu, mniej więcej między Wyspą Północną a Południową. Niby niewiele, ale nie wiadomo, jak nielotny ptak pokonał te trzy kilometry morza. Być może jego przodkowie dotarli tu na tratwie z roślin czy kłodzie drewna i opanowali wyspę. Żyli tu spokojnie. Aż do przybycia ludzi.

Nieduża wysepka Stephens nie budziłaby może wielkiego zainteresowania, gdyby nie jej strategiczne położenie wśród skał cieśniny Cooka, która oddziela dwie główne wyspy nowozelandzkie. Dlatego w 1891 roku zbudowano tu latarnię morską, by płynące tymi wodami statki nie wpadały na skały i mieliznę. To był wyrok na łazika południowego.

Kot - wyrok na łazika południowego

Na wyspę przybył bowiem latarnik, a z czasem personel powiększono do trzech strażników latarni wraz z rodzinami. Łącznie było to 17 osób. Jednym z nich był David Lyall ze Szkocji, który pochodził z latarniczej rodziny, a jego matka urodziła go na szkockiej latarni morskiej. Któryś z synów Davida Lyalla wytrwale znosił do latarni ptaki, które zagryzione przynosił na jej próg kot asystenta latarnika. Niektóre źródła podają, że nosił imię Tibbles i biegał wolno po okolicy. To doprowadziło do zagłady nielotnych łazików południowych, które, jeden po drugim, były wyłapywane przez kota.

Być może ten gatunek występował niegdyś także na kontynentalnej Nowej Zelandii, skąd też wyparły go przywleczone tu ssaki - zapewne szczury polinezyjskie, które na Nową Zelandię dotarły z Maorysami już w średniowieczu. Oni zasiedlali ten ląd od X wieku i szybko wytępili wiele miejscowych ptaków, od ogromnych moa po maleńkie łaziki.

Papuga-złodziej z Nowej Zelandii. Ukradła kamerę i wszystko sfilmowała

Wyspa Stephens była ostatnią ostoją ptaszka, który i tu nie miał szans w starciu z jednym kotem. W kilka lat zgładził on wszystkie osobniki i przyniósł swoim właścicielom. Przyrodnicze zacięcie jednego z chłopców sprawiło, że w ogóle coś o tych strzyżykach wiemy, że zostały opisane jako Traversia lyalli. Traversia od przyrodnika Henry Traversa, który wysłane mu kilka martwych okazów spreparował, a lyalli od latarnika i jego syna.

Latarnia morska została wzniesiona na wyspie Stephens w 1891 roku. W 1894 roku nie było już na niej żadnego łazika południowego. Gatunek wymarł całkowicie za sprawą jednego puszczono wolno w zarośla kota.

Radosław Nawrot

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy