Reklama

Megaerupcja wulkanu może wywołać globalny chaos. Nie jesteśmy na to przygotowani

Erupcja wulkanu Hunga Tonga na południowym Pacyfiku, do której doszło na przełomie 2021 i 2022 r. była jedną z największych, jakie ludzkość widziała w ostatnich stuleciach. Ale erupcja Hunga Tonga była jak kapiszon w porównaniu z wybuchami, które znamy z zapisu geologicznego. Prawdziwe megaerupcje są nawet tysiące razy silniejsze, a ich skutki są odczuwane na całym świecie przez wiele lat.

Potężna eksplozja wyrzuciła do atmosfery tyle wody, ile potrzeba do wypełnienia 58 tys. olimpijskich basenów, wywołała też falę tsunami o wysokości nawet 90 metrów. Fakt, że fale zabiły zaledwie 5 osób i wywołały zniszczenia warte “tylko" 90 mln dolarów zawdzięczamy wyłącznie temu, że wulkan leży w odludnej części oceanu. 

Michael Cassidy, wulkanologi z University of Birmingham, i Lara Mani, badaczka ryzyka z Uniwersytetu Cambridge stwierdzają w tekście opublikowanym przez siebie w czasopiśmie Nature, że mało brakowało, by sytuacja była o wiele gorsza. 

Reklama

Megaerupcje

Wystarczyłaby zaledwie nieco większa erupcja, by doprowadzić do zniszczeń krytycznej infrastruktury na całym świecie i zaburzenia globalnego łańcucha dostaw. Duża erupcja mogłaby spowodować (jeszcze poważniejszą) globalną destabilizację klimatu. To efekt, który już widzieliśmy: erupcja góry Tambora w 1815 roku, największa kiedykolwiek zarejestrowana w historii ludzkości, wywołała zimny okres powszechnie znany jako "rok bez lata". Na całym świecie rolnicy zostali bez plonów. 

Cassidy i Mani oszacowali, że ryzyko erupcji od 10 do 100 razy większej, niż wybuch Hunga Tonga w następnym stuleciu wynosi jeden na sześć. "Świat jest żałośnie nieprzygotowany na takie wydarzenie" - napisali autorzy. "Erupcja w Tonga powinna być dzwonkiem alarmowym". Według badań arktycznych rdzeni lodowych, w których naukowcy odnajdują pyły i siarkę wyrzucane przez wulkany, w ciągu ostatnich 60 tys. lat doszło do około 97 erupcji co najmniej dorównujących siłą erupcji Tambora, zaliczanych do 7 stopnia w ośmiostopniowej, logarytmicznej skali siły erupcji. W tym samym okresie “ósemek" było zaledwie 3 lub 4. 

Megatsunami

Zagrożeń wiążących się z tak wielkimi wybuchami jest wiele: od megatsunami, które mogą osiągać nawet kilkaset metrów wysokości, przez niszczenie warstwy ozonowej, po wyrzucanie do stratosfery ogromnych ilości pyłów, które mogą na kilka lat gwałtownie ograniczyć ilość światła słonecznego docierającego do powierzchni Ziemi. To obniżyłoby globalną temperaturę, ale tylko na chwilę: po kilku latach zimy, globalne ocieplenie powróciłoby ze zdwojoną siłą, bo stężenie CO2 pod taką pyłową chmurą stale by rosło. 

Wulkaniczne zniszczenia mogą być też oczywiście o wiele bardziej bezpośrednie. Wulkaniczny popiół może niszczyć sieci energetyczne położone tysiące kilometrów od wulkanu, a jego nagromadzenie na dachach może prowadzić do zawalenia się budynków nawet na innych kontynentach. A przepływy piroklastyczne czy lahary - fale gorących gazów czy błota - mogą zabijać tysiące ludzi nawet dziesiątki kilometrów od samego wulkanu. 

Problemem jest nawet to, że nie wiemy do końca, które z aktywnych wulkanów odpowiadają za które z 97 wykrytych w zapisie lodowym wielkich erupcji. A to oznacza, że nie wiemy, które z wulkanów stanowią największe zagrożenie. 

Co ciekawe, wpływ na to, jak wielkie globalne skutki mogą mieć erupcje, mają także zmiany klimatyczne. Wraz z rosnącymi temperaturami powietrza, będziemy obserwować przyspieszającą cyrkulację atmosferyczną i oceaniczną. A to oznacza, że cokolwiek wydarzy się w tropikach, może mieć o wiele większy i bardziej odczuwalny wpływ na sytuację np. w Europie.  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy