Reklama

Betonoza zalewa polskie miasta, bo może. Liczy się inwestycja, nie jej sens

Dlaczego kolejne rynki w polskich miastach zamieniają się w betonowe pomniki bezmyślności władzy? Bo samorządy dostają na to pieniądze. Unia Europejska zapowiada jednak zmiany i stawia sprawę jasno: dofinansowania na betonozę z kasy UE już nie będzie.

Setki artykułów i zdjęć nie pomagają. Tysiące krytycznych komentarzy w mediach społecznościowych również. Książka "Betonoza" napisana przez Jana Mencwela także. Nowe wytyczne generalnej konserwator zabytków, która zaleca ochronę i przywracanie zieleni na rynkach, też na nic się zdają.

Samorządy w Polsce zaszczepiły się na zdrowy rozsądek i wyrobiły sobie odporność. Argumenty, że drzewa w mieście to skarb, spływają po decydentach błyskawicznie. Chyba nawet szybciej niż pot z ciała po przejściu w upalny dzień przez "zrewitalizowane" przez nich place. Przejściu, a nie zatrzymaniu się, bo zatrzymywać się po prostu nie ma sensu (chyba że po to, by skorzystać z kurtyny wodnej, które stają się najnowszymi atrakcjami tak "odnowionych" przestrzeni).

Reklama

Ostatnio do rynków, które nie mają sensu, dołączył Leżajsk. To kolejna z dziesiątek już miejscowości, w przypadku której po zobaczeniu zdjęć "przed" i "po" idzie się załamać. Zielona kiedyś przestrzeń, z dużymi drzewami i trawnikami, poszarzała. Choroba zwana betonozą, o której napiszę w książce także i ja (premiera jesienią), zaatakowała również to miasto.

Skąd w Polsce betonoza?

Ale tego typu choroby nie biorą się z przypadku. Więc skąd? Odpowiedź jest prosta, bolesna i trzyczęściowa.

Po pierwsze: samorządowców drzewa nie obchodzą, a wręcz uznają je za problem.

Nie chodzi nawet o samo przecięcie wstęgi przy oddawaniu inwestycji będącej pomnikiem własnego ego. Drzewa zasłaniają przecież architekturę. Utrudniają możliwość zrobienia wielkiej imprezy będącej dowodem wielkości władzy. A zwłaszcza w tak reprezentacyjnych miejscach, jak rynki i place, wypadałoby o nie zadbać. Z kostką, betonem, marmurem czy granitem jest inaczej. Leżą spokojnie, by oddawać wielkość. Architektury. Obchodów święta. Władzy.

Po drugie: samorządowcy żyją w innym świecie.

Są oderwani od rzeczywistości. Nie mają kontaktu z prawdziwym miastem na co dzień. Dla nich miasto to przetargi, umowy i cyferki, a przestrzeń publiczna to droga, którą trzeba pokonać samochodem (rzecz jasna służbowym i z prywatnym kierowcą). Drzewa to punkty na mapie, a zieleń to słowo, które pojawia się w komunikatach PR-owych (przepraszam, prasowych).

Współpraca z mieszkańcami to z kolei informowanie o decyzjach bez realnego pytania ich o zdanie, a wygrana w wyborach to przyzwolenie na robienie wszystkiego, na co ma się ochotę. Ci, którzy ich krytykują, to po prostu nieuki. A jeśli ludzie chcą mieć drzewa, niech idą sobie do parku. Z takim podejściem trudno oczekiwać, by ktoś zrozumiał. By dostrzegł, jak ważna jest przyroda w mieście.

W efekcie ci, którzy mają największy wpływ, są jednocześnie tymi, którzy najmniej rozumieją rzeczywiste potrzeby współczesnego miasta. Jak jednak mają stworzyć miasto na miarę współczesnych potrzeb, skoro sami ze swoimi poglądami zabetonowali się w przeszłości?

Po trzecie: samorządy nie betonują same z siebie

Samorządy są uzależnione od funduszy unijnych niczym narkoman od heroiny. Zatracają zdolność do myślenia i działania samodzielnie. Zasada jest prosta: "Nie ma kasy z Brukseli - nie zrobimy choćby najsensowniejszej inwestycji, jest kasa z Brukseli - zrobimy choćby najgłupszą". Liczy się zrealizowanie inwestycji i rozliczenie projektu. Nie to, czy był sensowny.

Dlatego w krytyce samorządów nie można zapomnieć też o tych, którzy to wszystko umożliwili. To Unia Europejska wspierała finansowo jeśli nie każdą, to prawie każdą tego typu "dewitalizację" w Polsce, przeznaczając na nią większość budżetu.

Tak było także w Leżajsku, gdzie za modernizację rynku oraz dwa inne projekty zapłacono 14 mln zł, z czego prawie 9 mln zł pochodziło z Unii. Owszem, pieniądze rozdzielał Zarząd Województwa Podkarpackiego, ale to żadne wyjaśnienia. Jeśli Unia nie potrafi kontrolować, na co wydawane są przekazywane przez nią pieniądze, to funkcjonuje źle. Jeśli Unia potrafi to kontrolować i takie projekty popiera, to funkcjonuje źle.

Z dumą betonowali, z dumą odbetonują?

I tak dochodzimy do ostatnich dni. Przy okazji podpisania z Polską umowy partnerstwa (dzięki niej otrzymamy rekordowe 76 mld euro) Komisja Europejska poinformowała na Twitterze, że od tej perspektywy finansowej unijne fundusze nie będą wspierać "nieprzyjaznych klimatowi rewitalizacji polskich miast i miasteczek".

To plan większego planu UE, która chce do 2030 r. powstrzymać tracenie zielonych przestrzeni miejskich (w ogólnym bilansie każdego miasta) do 2030 r., a do połowy wieku zwiększyć je przynajmniej o 5 proc. W planach jest też zwiększenie ilości terenów zieleni zintegrowanych z budynkami i infrastrukturą (np. poprzez zielone ściany i dachy).

Wychodzi więc na to, że Bruksela i polskie samorządy będą teraz bohatersko naprawiać to, co same zniszczyły. Patrząc na stawiane przez kolejne samorządy drzewka w donicach i wsadzane przez nie patyczki szczelnie pokryte betonem (urzędnicy twierdzą, że to podobno też drzewa), zastanawiam się, czy powinny.

Już teraz zaczynam się pocić ze strachu. Gdybym tylko miał miejsce, w którym mógłbym schłodzić się w cieniu...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama