Reklama

Szklarek: Święta bez śniegu stają się normą

Niczego nie można wykluczyć, biorąc jednak pod uwagę dane historyczne, prognozy i trendy, widzimy, jak zmniejsza się prawdopodobieństwo śnieżnej zimy. Kiedyś dzieci zjeżdżały na sankach co roku, teraz nadal trafiać się nam będzie biała zima, ale raz, może dwa razy na dziesięć lat. Boże Narodzenie bez śniegu powoli staje się normą. Wszystko to są konsekwencje zmian klimatu spowodowanych przez człowieka - zwraca uwagę w rozmowie z Interią dr Sebastian Szklarek, adiunkt w Europejskim Regionalnym Centrum Ekohydrologii Polskiej Akademii Nauk, założyciel bloga "Świat wody".

Dariusz Jaroń, Interia: Bezśnieżna zima oznacza suszę. Jak ona powstaje?

Dr Sebastian Szklarek, Polska Akademia Nauk: Każda susza zaczyna się od niedoboru opadów. Albo nie ma ich wcale, albo jest ich mało w porównaniu do analogicznego okresu w latach poprzednich. Liczy się średnią wielkość opadów z ostatnich trzydziestu lat dla roku lub określonego przedziału czasu, a następnie odnosi się - przykładowo - dany miesiąc do danych archiwalnych. Jeżeli w sierpniu mamy średnio pięćdziesiąt litrów opadów, a spadnie mniej, zaczynamy mówić o słabej suszy. To samo dotyczy zimy. Kiedy śniegu lub deszczu jest mniej niż w latach ubiegłych, mówimy o suszy atmosferycznej. 

Reklama

Nieco starsi Polacy wspominają piękne, białe zimy. Pamięta je Pan jeszcze?

Pewnie! Jak byłem dzieciakiem to praktycznie co roku można się było pobawić na sankach. A teraz jak dzieci mogą pozjeżdżać zimą na sankach, to się cieszą. Kilkanaście lat temu, jak byłem na studiach, mówiono nam i pokazywano w opracowaniach, że w naszym regionie Europy opady śniegu zimą będą rzadsze. Miejsce śniegu zajmie deszcz, a liczba dni, kiedy pokrywa śnieżna będzie się utrzymywała, znacznie się zmniejszy. Ostatnich pięć-sześć zim idealnie wpisuje się w to, o czym mówili wtedy naukowcy.

Zmiany klimatu w Polsce postępują szybciej czy wolniej niż prognozowano?

Obserwujemy dokładnie to, przed czym ostrzegali naukowcy. Z opadami jest nieco inaczej niż w przypadku temperatur. Modele prognozujące temperatury są trochę dokładniejsze, ponieważ na wysokość potencjalnych opadów wpływa więcej czynników. Nie zmienia to jednak faktu, że od kilku lat widzimy, że sprawdza się zapowiadany scenariusz. Może nawet ostatnie zimy były gorsze niż zapowiadano. W Łodzi, gdzie mieszkam, po raz ostatni pokrywa śnieżna utrzymywała się długo w latach 2012-2013. Chyba miesiąc śnieg poleżał. W trakcie kolejnych zim śniegu nie było wcale, albo było go bardzo mało. To, że nie mamy śniegu na Boże Narodzenie zaczyna się robić normą. Wszystko to są konsekwencje zmian klimatu spowodowanych przez człowieka.

Co wpływa na to, że zamiast śniegu mamy zimą suszę?

Na charakterystykę opadów wpływa bezpośrednio temperatura, ale to, czy pada w danym miejscu i jak duży jest opad zależy od wielu warunków atmosferycznych. Pamiętajmy też, że cieplejsze powietrze powoduje, że więcej wody paruje z powierzchni ziemi, więcej jest jej w powietrzu. Im cieplejsze jest powietrze, tym więcej wilgoci potrafi przyjąć, zanim ta wilgoć zamieni się w opad. Dlatego latem często obserwujemy wielodniową suszę, po której nagle przychodzi nawalny opad. W tym roku było to dość mocno widoczne. Zdarzało się, że kilka tygodni nie było deszczu, a następnie w kilka godzin spadało tyle wody, ile powinno spaść na danym obszarze przez miesiąc. To jest domeną okresu letniego.

A zimowego?

Przez to, że obserwujemy zimą wyższe temperatury niż w latach ubiegłych, zamiast śniegu mamy opady deszczu. A jak połączymy opady deszczu z krajobrazem nastawionym na odprowadzanie wody, no to woda szybko znika, spływa kanalizacją i rowami do rzek, a nimi dalej i nie ma jej w krajobrazie. Jeśli w tym samym miejscu zalegał śnieg, miał szansę się powoli topić, przez co część wody wsiąkała spokojnie do gruntu. Odtwarzał się poziom wód w studniach. Wody podziemne stabilizują przepływy w rzekach, więc w rezultacie zostawało więcej wody. Zmiana częstotliwości i charakteru opadów sprawiła, że suszę mamy teraz i latem i zimą.  

Jakie są konsekwencje zimowej suszy, chociażby na późniejsze plony?

Przede wszystkim w okresie zimowym nie odbudowują się zasoby wilgoci w glebie oraz wody w jej głębszych warstwach. Co zwiększa ryzyko, że jak wiosną nie będzie opadów, to będziemy mieć niedobory wody potrzebnej do wzrostu roślin. Taką sytuację mieliśmy w 2020 r., gdy po zimie bez śniegu już w kwietniu mieliśmy zamiecie pyłowe z wysuszonych pól uprawnych. Ważnej odpowiedzi na to pytanie udziela także charakterystyka polskich rzek. To się nazywa fachowo reżim przepływu, czyli informacja o tym, kiedy można się spodziewać wyższych przepływów na rzekach. Większość polskich rzek ma reżim roztopowy lub opadowo-roztopowy, czyli po zimie, kiedy śnieg się topił, zwiększały się ich przepływy. Dzięki opadom śniegu w okresie zimowym zasoby wody odbudowywały się po suchej wiośnie i lecie. Nie obserwujemy już tego zjawiska. Zasoby wodne nie mogą się naturalnie odbudowywać po zimie. Dla rolnictwa jest to o tyle niebezpieczne, że wiosną może zacząć brakować wody dla roślin w pierwszej fazie rozwoju. To jedna z konsekwencji suchych zim.

Co jeszcze możemy zaobserwować?

Jeśli wezbrane zimą rzeki gdzieś wylewały, to ta woda zostawała w krajobrazie. Odtwarzała starorzecza, mokradła przyrzeczne. Zasób wodny pozostawał w danym miejscu na dłużej. Co ważne, zimowe wzrosty przepływu nie są tak gwałtowne jak po nawalnych opadach, nie niosą za sobą dużego ryzyka powodzi. W obecnej zimowej rzeczywistości, co widzimy w wielu regionach Polski, szczególnie zachodniej, mamy niskie stany wody na rzekach. Jeśli w wiosnę wejdziemy z niskimi poziomami rzek, w kolejnych miesiącach problem będzie się pogłębiał. Łatwo go zaobserwować na dużych rzekach, chociażby na Wiśle w Warszawie. Praktycznie cały czas utrzymuje się tam niski poziom wody, przerywany jedynie krótkimi okresami wezbrań po intensywnych opadach. To jest efekt suchych zim. Zasoby zlewni w całym dorzeczu Wisły powyżej Warszawy - od województwa Świętokrzyskiego i Małopolskiego po regiony podgórskie i górskie mają mniej wody w mniejszych rzekach, co przekłada się na poziom wody w Wiśle. Jak na dłoni widać, że zimą zasoby wody na rzekach nie odnawiają się.

Opadów nie wywołamy, ale czy możemy w jakiś sposób pomóc naturze w odnowieniu tych zasobów? 

Chcąc przywrócić opady śniegu, o których opowiadają nasi rodzice i dziadkowie, musimy przeciwdziałać zmianie klimatu, czyli odejść od spalania paliw kopalnych. To co możemy zrobić tu i teraz, to przestawić krajobraz odwadniający na retencyjny, czyli zatrzymywać wodę opadową jak najbliżej miejsca, gdzie spada ona na powierzchnię. Pozwólmy jej tam albo wsiąknąć do gruntu, albo przytrzymajmy i wykorzystajmy do nawadniania pobliskiego terenu. Nie ma natomiast sensu odprowadzanie jej gdzieś dalej, ani pozbywanie się tak, jak to obserwowaliśmy do tej pory.  

Skoro mowa o opadach, może warto wyjaśnić, że gwałtowne ulewy, jakich doświadczyliśmy latem, wcale nie wpływają na nawodnienie gleby. 

Tak. To jest problematyczne zjawisko, bo nawet jak podejmiemy odpowiednie działania związane z retencją tej wody, to przy tak nawalnych opadach, kiedy w ciągu kilka godzin spada kilkaset litrów wody, będziemy skazani na niepowodzenie, a ryzyko zalania nadal będzie wysokie. Wyobraźmy sobie zasuszoną roślinkę. Mamy ją w domu w doniczce wielkości kubka na herbatę. Widzimy, że ma wyschniętą ziemię, więc zalewamy ją całym wiadrem wody. Efekt łatwo przewidzieć. Mało co tej wody zostanie w doniczce, będziemy mieć natomiast kałużę i zalany parapet, a nasza roślinka po kilku dniach nadal będzie miała deficyt wody. Tak samo działa gwałtowna ulewa na nasz krajobraz. Krótki, intensywny opad powoduje powodzie i zalania, a po paru dniach wody w glebie już nie ma. Znowu przychodzi okres bezdeszczowy, susza trwa, przerywana co najwyżej krótkimi epizodami powodzi.  

Jak wygląda stan wody w Polsce na tle innych państw Europy?

Przeliczając na osobę, mamy jeden z najmniejszych zasobów na kontynencie.

Trochę mamy pecha, że do Polski nie wpływają wielkie rzeki z państw sąsiednich.

Tak, ale to ma swoje plusy i minusy. Plus jest taki, że - w odróżnieniu od wielu regionów Afryki czy Azji - nie grożą nam konflikty międzynarodowe o wodę. A minusy? Woda nie dopływa do nas z zagranicy, nie możemy wzdłuż tych wielkich rzek budować rolnictwa. Za plus uważam też to, że nasza sytuacja wodna w dużej mierze zależy od nas, od tego, jak gospodarujemy wodą opadową. Mówimy o tym, ile wody w ciągu roku opuszcza nasz kraj - czy to rzekami spływa do innego kraju, czy też wpada do Morza Bałtyckiego. Nie zapominajmy o wodach podziemnych. Mamy ich dość sporo, a według danych Polskiego Instytutu Geologicznego wykorzystujemy 20-30 procent tych zasobów. Używamy ich codziennie, to jest woda płynąca w naszych kranach. W dodatku należy pamiętać, że z suszą rolniczą borykają się także inne kraje Europy, jak Niemcy czy Francja, które zasobów wody na osobę rocznie mają znacznie więcej niż my. 

Co to znaczy, że wody podziemnej jest sporo?

Na tę chwilę mamy jej tyle, że nie musimy się martwić, że zabraknie wody w kranie. Przynajmniej na razie. Inaczej wygląda sytuacja z wodami powierzchniowymi i wszystkimi sektorami uzależnionymi od dostępu do nich, jak rolnictwo, leśnictwo, zakłady przemysłowe położone wzdłuż rzek. Tu jest niebezpieczeństwo poważnych braków, bo tej wody okresami jest mało. To co możemy zrobić, to zatrzymywać wodę deszczową i ponownie wykorzystywać podczyszczoną wodę w celach przemysłowych. 

Coraz więcej zakładów stawia nie tylko na recykling, ale też zamknięty obieg wody?

Tak, sporo firm, jeśli tylko ma takie możliwości, już to robi. Niedaleko Łodzi jest zakład włókienniczy zajmujący się farbowaniem materiałów. Ta branża zużywa bardzo dużo wody, więc w firmie, ze względów ekonomicznych, część wody jest zawracana, oczyszczana i ponownie wykorzystywana. Korzyści są oczywiste - mniejszy pobór wody i niższa opłata za ścieki. Podobnych zakładów jest więcej. Coraz popularniejsze są też baseny z zamkniętym obiegiem wody. Wystarczy ją uzupełniać, a nie wymieniać cały czas. W tym kierunku zmierza coraz więcej branż, natomiast na szerszą skalę przydałyby się rozwiązania odgórne, systemowe, żeby pokazać, dlaczego o wodę trzeba dbać i jak na tym oszczędzać.

Dołącz do ZIELONA INTERIA także na Facebooku

Mówimy o rozwiązaniach dla przemysłu. A co z podejściem jednostek?  

Zasobów wód podziemnych mamy tyle, że na to pokolenie z pewnością wystarczy jej w kranach, ale to nie znaczy wcale, że mamy ją wylewać na prawo i lewo. Te zasoby odtwarzają się setkami lat. Łatwo wsadzić parę pomp w grunt i wypompować wodę, nie sposób wpompować ją z powrotem, nadając jej odpowiednią jakość. Trzeba zatem podchodzić do zasobów wody oszczędnie. Jeśli mieszkamy w domu, mamy ogród lub działkę, warto starać się zatrzymywać deszczówkę. W myśl angielskiej zasady 3S (slow, spread and sink) trzeba spowolnić odpływ wody, zatrzymać ją i pozwolić wsiąkać w glebę, dzięki czemu nie będzie narażona na zwiększone parowanie, będące konsekwencją zmiany klimatu i rosnących temperatur.  

To też problem dużych zbiorników wodnych.

Taki zbiornik ma wielką powierzchnię, woda z niej paruje i znika z krajobrazu. Warto dodać, że w bilansie wody w Polsce około 60 proc. wody, która spada na nasz kraj w postaci opadów, paruje. Dlatego stawiając na retencję, należy zatrzymywać wodę tam gdzie ona spada. Jeśli mamy ryzyko suszy rolniczej w Wielkopolsce czy Łódzkiem, duży zbiornik na Wiśle nie rozwiąże problemów tych okolic. Zatrzymujemy więc wodę jak najbliżej miejsca, gdzie ona spada i zostanie później wykorzystana. Jak skierujemy ją do gruntu, nie wyparuje tak łatwo jak w zbiorniku i nie zniknie z powierzchni kraju. 

Przydadzą się tej zimy naszym dzieciom sanki?

Niczego nie można wykluczyć. Natomiast, biorąc pod uwagę dane archiwalne, prognozy i trendy można stwierdzić, że kiedyś każda zima była śnieżna, teraz taka trafia się jedna, może dwie na dziesięć lat. Prawdopodobieństwo zmalało, ale to nie znaczy, że raz na czas nie trafi nam się biała zima. 

Ubiegłoroczna nie była najgorsza...

Spadło trochę śniegu, mogło się nawet wydawać, że była bardzo wilgotna, ale jak popatrzymy na średnie z ostatnich lat, to była co najwyżej w normie. Zapomnieliśmy o tym, jak śnieżne były zimy przed laty, więc myśleliśmy, że ta ostatnia może zażegnać ryzyko suszy. Niestety, bilans wodny tak nie działa. Deficyt, który wytworzył się w ciągu ostatnich pięciu lat sprawia, że jedna śnieżna zima, chociaż sama w sobie była na plus, za dużo w nim nie zmieniła - odrobiliśmy tylko część strat. Nadal nie wyszliśmy nawet na zero. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy