Reklama

Przez globalne ocieplenie może zrobić się bardzo… zimno. Polskę też może to dotknąć

Jednym ze skutków zaburzeń klimatycznych wywołanych podnoszeniem się średniej temperatury planety mogą być bardzo zimne zimy w Europie. Polska też odczuje ich skutki.

  • Przez globalne ocieplenie będziemy trzęśli się z zimna? To całkiem możliwe. 
  • Globalne zmiany klimatyczne powodują co prawda nieubłagany wzrost średnich temperatur na całym świecie, ale to nie oznacza, że momentami nie będzie robiło się niesamowicie zimno. 
  • Tak naprawdę wyjątkowo brutalne zimy, które mogą zacząć nawiedzać Europę, są jednym z przewidywanych przez naukowców skutków klimatycznego chaosu. 

Wystarczy jedno spojrzenie na globus, żeby zrozumieć, że łagodny, europejski klimat jest czymś raczej dziwnym. Warszawa, leżąca na szerokości geograficznej 52 stopni znajduje się na tym samym równoleżniku, co rosyjski Sachalin i południowy koniec Kamczatki, mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej leżą słynące z brutalnych zim Edmonton i Calgary, a Chicago, regularnie przeżywające zimy, jakich nie pozazdrościliby im Norwegowie, jest aż o dziesięć stopni na południe od stolicy Polski. 

Reklama

Łagodny klimat, którym nasz kontynent cieszy się od tysiącleci, zawdzięczamy niezwykle korzystnemu zbiegowi okoliczności. Który właśnie sami niszczymy. 

Atlantycki AMOC. Wielki klimatyzator

Ten zbieg okoliczności ma nazwę: AMOC, czyli Atlantic Meridional Overturning Circulation. To ogromny system prądów morskich krążących w Oceanie Atlantyckim, i przenoszący na północ ogromne masy wody podgrzanej w tropikalnej Zatoce Meksykańskiej. To właśnie ten "import temperatury" z tropików pozwala Europie cieszyć się stosunkowo przyjemnym, umiarkowanym klimatem. 

AMOC jest napędzany różnicami w gęstości oceanicznej wody, która jest determinowana przez jej temperaturę i zawartość soli. W ramach procesu znanego jako "cyrkulacja termohalinowa" ciepła woda przemieszcza się na północ przez Zatokę Meksykańską w kierunku Europy - ten odcinek cyrkulacji jest znany jako Prąd Zatokowy. W miarę, jak woda paruje, a jej zasolenie rośnie, jej temperatura stopniowo spada. Gęstsza woda opada na północnym Atlantyku na dno i spływa na południe wzdłuż dna oceanu, by ponownie unieść się na powierzchnię daleko na południu. 

Jednak skutki antropogenicznej zmiany klimatu zmniejszyły wydajność tego ogromnego systemu klimatyzacji. A publikowane w ostatnich latach badania przestrzegają, że w konsekwencji zmian klimatycznych może się on zupełnie załamać. 

Globalne ocieplenie wpływa na AMOC na kilka sposobów. Cieplejsza woda jest mniej gęsta, a dodatkowo woda spływająca do oceanu z lodowców Grenlandii jest słodka, czyli przez jej obecność zmniejsza się zasolenie północnej części Atlantyku. Kombinacja tych czynników sprawia, że woda, która dociera na północ, wolniej opada na dno, co spowalnia mechanizm napędzający całą cyrkulację. 

Bezprecedensowe spowolnienie tego systemu obserwowano bezpośrednio od 2004 r., ale analiza danych pośrednich sugeruje że spadek jego aktywności zaczął się jeszcze w drugiej połowie XIX w., a przyspieszył po 1950 r.  Jedno z badań wykazało, że AMOC jest "w najsłabszym stanie od ponad tysiąclecia".

Analizy danych z lodowców wskazują, że AMOC ostatni raz przestał krążyć pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, około 14,5 tys. lat temu, kiedy topniejące lodowce wpompowały do oceanu ogromne ilości ciepłej wody. To spowodowało zatrzymanie obiegu tego układu i doprowadziło do tego, że na samym końcu epoki lodowcowej zrobiło się naprawdę zimno. 

Według raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), zatrzymanie tego systemu przed 2100 r. jest mało prawdopodobne, ale już jego słabnięcie, którego pogłębianie jest niemal pewne, będzie miało ogromny wpływ na warunki klimatyczne w Europie i na całym świecie. 

Wir polarny, czyli otwarcie drzwi lodówki

Ale osłabienie czy zatrzymanie tego wielkiego mechanizmu podgrzewającego i stabilizującego europejski klimat to tylko jeden z powodów do obaw. Drugi z nich znajduje się na dużej wysokości i otacza ściśle Biegun Północny. 

Chodzi o tak zwany wir polarny. To pierścień silnych wiatrów otaczających Arktykę, które zazwyczaj działają jak warstwa izolacyjna: prądy powietrzne utrzymują lodowate, podbiegunowe powietrze na miejscu i nie pozwalają mu rozlewać się dalej na południe. 

Ale ten pierścień czasami słabnie. Kiedy wir zwija się i rozciąga, część arktycznego powietrza może wyrwać się na południe. To właśnie takie zjawisko odpowiadało za ekstremalne mrozy, które nawiedziły zimą ubiegłego roku Teksas. Nic w zasadzie nie stoi na przeszkodzie, żeby taki bąbel lodowatego powietrza nie uderzył także w Polskę. A naukowcy analizujący dane z ostatnich dziesięcioleci widzą, że podobne incydenty zdarzają się coraz szybciej. 

Słabnięcie wiru wynika z rosnących temperatur na dalekiej Północy. Arktyka ociepla się nawet czterokrotnie szybciej, niż reszta planety. Ale co się dzieje w Arktyce nie zostaje w Arktyce. 

Według opublikowanego w ubiegłym roku badania nauczonych z MIT, topnienie lodu na północnych morzach takich, jak Morze Barentsa, prowadzi do zwiększonych opadów śniegu nad Syberią. Prowadzi też do przenoszenia na północ ogromnych ilości energii, która wpływa bezpośrednio na wirujące w stratosferze wiatry. Oznacza to, że im cieplejsza robi się Arktyka, tym zimniejsze będą zimy na południe od niej. 

"Od dawna obserwowaliśmy pozorną sprzeczność między cieplejszymi temperaturami na świecie, a częstszymi przypadkami ekstremalnego mrozu w USA i północnej Eurazji. To badanie pozwala wyjaśnić tę sprzeczność" dodaje współautor badania, prof. Chaim Garfinkel z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie.  "W przeszłości te zimne skrajności w USA i Rosji były wykorzystywane do usprawiedliwiania braku redukcji emisji dwutlenku węgla, ale nie ma już żadnej wymówki, aby nie zacząć od razu zmniejszać emisji".

Wielkie śnieżyce z ciepłego morza

A temperatury to nie wszystko, bo zmiany klimatu doprowadzą też do tego, że będziemy regularnie zasypywani przez wielkie śnieżyce. 

Kolejnym z paradoksów globalnego ocieplenia jest bowiem to, że im cieplej się robi, tym intensywniejszych opadów śniegu możemy spodziewać się zimą

Po pierwsze, cieplejsze morze paruje intensywniej. Zwłaszcza, kiedy nie jest pokryte krą, co zdarza się coraz rzadziej. 

Po drugie, cieplejsze powietrze jest w stanie utrzymać w sobie więcej pary wodnej. Co oznacza, że nawet zimą nad morzem utrzymuje się gruba warstwa pary gotowej zmienić się w śnieg. Wystarczy, że dotrze ona na większe wysokości, gdzie panują bardzo niskie temperatury, albo zostanie “trafiona" frontem zimnego powietrza, a natychmiast tworzy ona ogromne, śniegowe chmury, które są w stanie zasypywać wielkie obszary grubą warstwą zmrożonego śniegu. 

Tak więc kiedy następnym razem zobaczycie za oknem zamieć albo będziecie odśnieżać samochód - nie, to nie jest dowód na to, że globalnego ocieplenia nie ma. Przeciwnie, to jedna z jego licznych konsekwencji.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama