Reklama

Wyrok za wycinkę lasu

Pół roku więzienia w zawieszeniu - taki wyrok usłyszały dwie osoby, które nielegalnie wycięły cztery hektary lasu w Łebie.

Sąd Rejonowy w Lęborku uznał Jerzego R. i Marię van E. za winnych spowodowania zniszczeń poprzez nielegalną wycinkę lasu. Oskarżeni tłumaczyli się, że działali według tzw. "lex Szyszko". Ustawa zezwalała na wycinanie drzew na terenach prywatnych bez zgody gminy. Jednak według sądu, oskarżeni nie mieli prawa tego zrobić na swojej działce.

Jerzy R. i Maria van E. w lutym 2017 r., w ciągu dwóch dni, wycięli cztery hektarów lasów w Łebie. Jednocześnie, zniszczyli m.in. runo leśne, las bażynowy oraz rośliny podlegające całkowitej i częściowej ochronie.

Reklama

Oskarżeni nie przyznali się do winy. Wycinkę potwierdzili w swoich zeznaniach pracownicy firmy, którzy ją wykonali. 

Sąd podkreślił, że z nagranej rozmowy z urzędnikiem wynika, iż oskarżeni próbowali wymóc zgodę na wycinkę. Dodatkowo, przepisy prawa miejscowego bezwzględnie wykluczały przekształcenie tego terenu na inwestycje. Zdaniem sądu, oskarżeni o tym wiedzieli i próbowali zmienić plany zagospodarowania.

Jednocześnie sąd, przytaczając argument obrony przyznał, że obok działek oskarżonych powstaje duży obiekt hotelowy. Zdaniem sądu "ta kwestia powinna zostać wyjaśniona". Oskarżeni muszę też zapłacić grzywnę w wysokości 34 tys. zł, oraz pokryć koszty sądowe. 

Tzw. Lex Szyszko, czyli ustawa liberalizująca wyrąb drzew na własnej posesji, miała ułatwić życie właścicielom działek. W zamyśle, chodziło o to, aby mieszkańcy nie musieli się zgłaszać do gminy z wnioskiem o zgodę na wycięcie drzewa. Jednak skala takich działań wzbudziła potężne kontrowersje. 

Sprawie przyjrzeli się badacze z Uniwersytetu Łódzkiego. Wyniki badań opublikowali w Landscape and Urban Planning. Naukowcy sprawdzili, ile drzew zostało wyciętych w Łodzi w latach 2010-2019. 40 proc. wszystkich usuniętych drzew wycięto w ciągu kilku miesięcy 2017 r., kiedy obowiązywała nowelizacja ustawy.

Zdaniem naukowców prywatni właściciele wykorzystali okazję, a wielu z nich zrobiło to "na wszelki wypadek", gdyby przepisy znów miały się zmienić. Badacze podkreślają, że większość wyciętych drzew była nie w przydomowych ogrodach, a na prywatnych nieużytkach. To, ich zdaniem, miało pomóc w zwiększeniu atrakcyjności gruntów.

PAP

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy