Odpowiedzialność za walkę z bezdomnością psów i kotów spoczywa na samorządach. To one powinny je dokarmiać i w razie potrzeby odławiać. - Problem w tym, że część gmin tego w ogóle nie robi, albo robi to powierzchownie. Plan przeciwdziałania bezdomności zwierząt powinien być jawny i wywieszony w każdej gminie – mówi Katarzyna Piekarska, przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt.

Systemowy bałagan

Do jednego z najsłynniejszych schronisk w Polsce, "Na Paluchu" w Warszawie, co roku trafia 4 tys. zwierząt. - To wręcz armia - twierdzi dyrektor schroniska Henryk Strzelczyk. 

Jego zdaniem jednym z najpoważniejszych problemów jest systemowy bałagan. Poza finansowanymi przez samorządy schroniskami, istnieją także azyle i przytuliska dla zwierząt. Prowadzą je najróżniejsze organizacje, zwykle wkraczając tam, gdzie brakuje pieniędzy albo rąk do pomocy. Choć część z nich świetnie wywiązuje się z zadań, których się podejmuje, ich działania mają jeden zasadniczy minus. - W Warszawie, gdzie mieści się nasze schronisko, po jednej i po drugiej stronie Wisły są domy tymczasowe prowadzone przez fundacje i stowarzyszenia, które również zapewniają opiekę bezdomnym zwierzętom. W takiej sytuacji skuteczne znalezienie zaginionego zwierzęcia, które nie jest zachipowane, jest mocno utrudnione, czasem praktycznie niemożliwe. 

- Sytuacja byłaby o wiele prostsza, gdy gminy były zobowiązane do prowadzenia rejestru zwierząt znalezionych odłowionych na ich terenie, a każdy kto takie zwierzę odłowił byłby zobowiązany do jego zgłoszenia właśnie do takiego rejestru – tłumaczy Strzelczyk.

- Tam, gdzie dba się o podopiecznych tzn. gdzie jest wolontariat, przemyślany proces adopcji, dostęp do opieki zdrowotnej i porządnej karmy, sytuacja jest dobra - mówi Irena Kowalczyk-Ornowska z Fundacji Viva!, prowadzącej Schronisko w Korabiewicach, zoopsycholożka. Zauważa jednak, że "w Polsce więcej jest placówek, które mają złą opinię". - Są tam psy stłoczone po kilka w boksie, które sobie zagrażają. Jest tam także zwykle bardzo głośno, brak wolontariatu, a zwierząt się nie leczy. 

Powiatowa Inspekcja Weterynaryjna obejmuje nadzorem tylko schroniska zarejestrowane. Azyle i przytuliska nie są już nim objęte.

Chipowanie i sterylizacja

Kluczowe dla zapobiegania bezdomności zwierząt ma być ich chipowanie. Można to zrobić w prawie każdym gabinecie weterynaryjnym. Dzięki temu pies czy kot, który się zgubi, łatwo może zostać zidentyfikowany. Nawet, jeżeli trafi do schroniska, w ciągu dwóch tygodni ma tak zwany okres ochronny, czyli czeka na właściciela. Kiedy okres się skończy, może zostać oddany do adopcji. Nie należy się obawiać, że nasz pupil, jeśli trafi do schroniska, zostanie uśpiony. Tak dzieje się tylko, gdy należy ukrócić cierpienie zwierzęcia oraz - jeśli władze gminy wyraziły na to wcześniej zgodę - z tak zwanymi "ślepymi miotami" (czyli nowonarodzonymi kociętami i szczeniakami).  

Kolejny ważny element w zwalczaniu bezdomności zwierząt to ich sterylizacja. Ta - zdaniem pracowników schronisk i organizacji pomagających zwierzętom - powinna dotyczyć wszystkich psów i kotów domowych, których właściciele nie planują ich rozmnażania. - Tych zwierząt jest po prostu za dużo, co widać szczególnie w dużych miastach i po zachowaniu psów  - uważa Irena Kowalczyk-Ornowska.

Ustawa o ochronie zwierząt stanowi, że czworonoga do weterynarza należy zaprowadzić, kiedy jest chory lub cierpi. Nie ma za to zapisów, które wymuszały by na właścicielu regularne wizyty u weterynarza. Zwierzę może przez całe jego życie ani razu nie zostać przebadane. I jest to zupełnie legalne. - Te przepisy są tak skromne i niedoskonałe, że inspekcja weterynaryjna nie może powołać się na prawo, by zobowiązać właściciela do zapewniania zwierzęciu profilaktyki. Mowa o szczepieniach, odrobaczeniu czy chorobach zakaźnych wśród czworonogów – tłumaczy Strzelczyk.

Czy zwierzęta mają prawa?

- Chipowanie i rejestrowanie zwierząt to nie tylko zmiana prawa, ale i nastawienia – mówi Katarzyna Piekarska, posłanka Koalicji Obywatelskiej i przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt. Podobnie, jak wielu ekspertów twierdzi, że brak nam empatii i edukacji. - Jeżeli ze szkoły nie przyjdzie dziecko i nie powie rodzicom i dziadkom: odepnijcie psa z łańcucha i go zachipujcie, to niewiele się zmieni - mówi posłanka. Podobnego zdania jest Henryk Strzelczyk. - W 2017 r. wydaliśmy grę "Piesku, Kotku, szukaj domu”. Przedstawiono w niej, jak udzielać pomocy zwierzętom bezdomnym i jak odnaleźć zgubę. Po dwóch latach efekt był oszałamiający. O ile w 2017 r. tylko 20 proc. psów było odbieranych przez właścicieli, to po dwóch latach ten odsetek wzrósł dwukrotnie! Edukacja daje doskonały efekt – mówi Strzelczyk.

Wiceminister edukacji i nauki Tomasz Rzymkowski w niedawnej rozmowie z "Naszym Dziennikiem" wyraził zaniepokojenie tym, że w jednym z podręczników znalazł się opis łamania praw zwierząt. Wymieniono tam m.in. kłusownictwo, występy w cyrku czy przeprowadzanie doświadczeń na zwierzętach. "Informacja o tego rodzaju treściach w podręczniku dla najmłodszych bardzo mnie zaskoczyła, a zarazem zbulwersowała. Uważam, że szkoła nie powinna być miejscem ideologicznej indoktrynacji" – powiedział Rzymkowski. Zdaniem wiceministra nie ma czegoś takiego, jak prawa zwierząt. "Według nauki, prawo jest przypisane Bogu i ludziom. Jest prawo Boskie, które nazywane jest także naturalnym, i to wynikające z systemów wartości, którymi żyje dane społeczeństwo. Z nich również wynikają pewne obowiązki, które człowieka ma względem zwierząt. Jak choćby to, że rolnik, który zajmuje się hodowlą, nie może zwierząt głodzić czy dręczyć. Ale zwierzę nigdy nie może być podmiotem praw. Pojęcie prawa zwierząt nie istnieje" – stwierdził Rzymkowski. 

To dwugłos z ministerstwa edukacji i nauki, ponieważ w styczniu przychylnie do wprowadzania takiej tematyki miał odnieść się szef resortu, Przemysław Czarnek.- Prosiliśmy pana ministra by w nowej podstawie programowej znalazła się ochrona zwierząt. Chcemy też, by do listy lektur dołączyć książki o zwierzętach - mówi Katarzyna Piekarska. Razem z posłanką na spotkaniu był pisarz Tom Justyniarski, autor książki "Psie troski". 

W czasie zajęć w szkołach, Tom Justyniarski przeprowadził "Lekcje miłości do zwierząt" dla 300 tys. dzieci w całej Polsce. Pisarz i pedagog widzi nadzieję w edukowaniu młodszych pokoleń. - Młodsze dzieci wykazują się niezwykłą empatią wobec losu zwierząt i kwestii ochrony zwierząt, rozumieją to bardzo dobrze - mówi pisarz.

Głosy z sejmowych kuluarów

- Jako osoba, która przygotowała pierwszą ustawę o ochronie zwierząt w latach 90. mogę stwierdzić, że zmieniło się podejście. Nie sądziłam jednak, że po tylu latach nadal tak trudno będzie walczyć o dobro naszych braci mniejszych. Nawet wtedy, choć ludzie pytali dlaczego mają być kary za znęcanie się nad zwierzętami, ustawę udało się przegłosować. Dzisiaj jakakolwiek rozmowa o zmianie prawa dotyczącego zwierząt będzie bardzo trudna – mówi Piekarska.

Problemem mają być obawy wobec zmian w przepisach dotyczących zwierząt futerkowych i uboju rytualnego. Z tego powodu, jakiekolwiek zmiany ustaw dotyczących zwierząt są torpedowane. To właśnie te kwestie miały spowodować, że przedstawiona przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego "Piątka dla zwierząt", utknęła w Sejmie.

- Martwią mnie zakusy na pozbawienie organizacji pozarządowych prawa do odbierania zwierząt w sytuacji, kiedy zwierzęciu dzieje się krzywda, a jego życie jest zagrożone. Służby, do których się telefonuje bardzo mało robią w sprawach znęcania się nad zwierzętami. To organizacje obrony praw zwierząt ratują je przed krzywdą. Na razie takie głosy są tylko w sejmowych kuluarach i mam nadzieję, że tam pozostaną – mówi Katarzyna Piekarska.