Reklama

​Pożary zombie będą coraz częstsze

Wraz z ocieplającym się klimatem, pożary lasów na dalekiej północy wybuchają coraz częściej. Coraz częściej tlą się całą zimę, by z nową siłą wybuchać wiosną. I będzie ich coraz więcej

Na dalekiej północy, gdzie klimat ociepla się szybciej niż w jakimkolwiek innym regionie świata, coraz częściej pojawiają się pożary nazywane zombie. Ogień tli się pod powierzchnią, w bogatej w węgiel glebie lasów arktyczno-borealnych Alaski, Syberii i na Terytoriach Północno-Zachodnich Kanady. Często pozostaje niezauważony w czasie mokrych, mroźnych zim i z nową siłą wybucha na wiosnę.

- Kiedy ludzie myślą o pożarze lasu, zwykle wyobrażają sobie płonące drzewa - mówi Sander Veraverbeke, badacz Vrije Universiteit w Amsterdamie, współautor badania opublikowanego w czasopiśmie "Nature". Rebecca C. Scholten, jego koleżanka z tego samego uniwersytetu, która kierowała pracami, przyznaje, że zjawisko to, jest tak tajemnicze, że początkowo w ogóle nie wierzyła, że istnieje. Teraz jest jednak przekonana, że "zimujące pożary" - bo takiej nazwy używają naukowcy - są ściśle powiązane ze zmianami klimatycznymi.

Reklama

"Większość pożarów powodowana jest przez aktywność ludzi oraz przez uderzenia piorunów. Choć zimujące pożary nie są powszechne teraz, ocieplenie klimatu niewątpliwie to zmieni" - napisali naukowcy.

Według badań ilość spadającego zimą deszczu lub śniegu wydaje się nie mieć znaczenia. - Sam fakt, że to się dzieje, jest już dość szalony i pokazuje, jak szybko region arktyczny zmienia się z powodu ocieplenia klimatu - mówi Veraverbeke.

Naukowcy wyliczyli, że pożary zombie w lasach borealnych w latach 2002-2018 odpowiadały średnio za 1 proc. powierzchni, jaka spłonęła. Tyle tylko, że gdy temperatura rośnie - a tak było na przykład na Alasce w 2008 r. - pożary zimujące odpowiadały już za 13 tys. hektarów spalonego lasu, czyli za 38 proc. wszystkich pożarów, jakie wówczas wybuchły.

- Te badania pokazują, jak wrażliwy na zmiany klimatyczne jest torf borealny, który chroni wieczną zmarzlinę i zawiera ogromne złoża węgla - uważa Nancy Fresco, badaczka klimatu z University of Alaska Fairbanks, która nie uczestniczyła w badaniu. Naukowiec podkreśla, że większa liczba zimujących pożarów grozi uwalnianiem do atmosfery większej ilości gazów cieplarnianych.

Wysokie temperatury prowadzą bowiem do większych pożarów sezonowych i obejmują coraz większą obszary. Przesuszone tereny, na których wybuchł wcześniej ogień, na kolejne pożary są bardziej podatne. A ponieważ mówimy o regionach, gdzie jest torf i gleby torfopodobne bardzo bogate w węgiel, pożary tam emitują znacznie więcej dwutlenku węgla i metanu niż gdyby doszło do nich na innych terenach. To napędza globalne ocieplenie, które podsyca kolejne pożary.

W innym opublikowanym ostatnio badaniu, naukowcy dowiedli, że zmiany klimatu i wywołane przez nie topnienie lodowców doprowadzi do wzrostu liczby uderzeń piorunów na dalekiej północy, a one mogą wywoływać jeszcze więcej pożarów. - To, co w przeszłości było stosunkowo rzadkim zjawiskiem, może stać się częstsze i bardziej katastrofalne - powiedziała Fresco.

źródło: Reuters, AFP, New York Times, Guardian

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje