Reklama

Coraz częściej dochodzi do ekstremalnych zjawisk pogodowych i coraz częściej temat zmian klimatu pojawia się w debacie publicznej. Już tak zostanie? 

Na poziomie międzynarodowym to jest temat od dawna. W Polsce staraliśmy się o nim zapominać albo go lekceważyć. Na poważnie zajęliśmy się tym problemem tylko raz. W latach 1989-1990 Polska zredukowała emisje gazów cieplarnianych od razu o 30 proc. Później, w czasach rządów Jerzego Buzka doszło do restrukturyzacji górnictwa, choć wtedy zmniejszenie emisji nie było głównym motywem działań. Poza tym realnie nie zrobiliśmy prawie nic.

Przecież są różne rządowe programy, na przykład Czyste powietrze, czy Moja Woda. To za mało?

Za mało, bo te programy nie są ukierunkowane na klimat. Celem Programu Czyste powietrze jest pozbycie się tak zwanych kopciuchów, czyli pieców emitujących pyły, które nam szkodzą. Efektywność tego programu jest więc raczej umiarkowana. Tak samo program Moja Woda. Na razie ma niewiele wspólnego z klimatem, choć zapewne, jak się poprawi się retencyjność, to z czasem będzie oddziaływać na klimat. Tymczasem zobowiązań dotyczących redukcji gazów cieplarnianych w skali międzynarodowej  jest mnóstwo. 

Polska się z nich wywiązuje? 

Przez lata korzystaliśmy z tej wielkiej redukcji na początku lat 90. Czegoś takiego nikt poza nami nie zrobił. Kiedy więc Protokół z Kioto mówił o redukcji 6-proc., w Polsce nikt się nim specjalnie nie przejmował, bo zrobiliśmy znacznie więcej. Sytuacja zaczęła się zmieniać w momencie, kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej. Wówczas naszym rokiem bazowym stał się 2005, bo wszystko zaczęło się wtedy liczyć od nowa. 

Kraje unii dwa lata temu zdecydowały, że do 2030 r. zredukują emisje gazów cieplarnianych o 40 proc. My stanęliśmy do tego w kontrze. Teraz UE podniosła poprzeczkę do 55 proc., a do 2050 r. wspólnota chce pełnej dekarbonizacji. W tym czasie nasz kraj formalnie zdeklarował się, że ograniczy emisje jedynie o 7 proc.

To wygląda tak, jak byśmy dążyli przeciwnych kierunkach.

Można odnieść wrażenie, że kolejne rządy, a ten obecny w szczególności, starały się robić, co mogły, żeby nie ograniczać emisji. Jakiś czas temu organizacje pozarządowe zrobiły ranking państw unijnych, w którym oceniano ich zaangażowanie w politykę klimatyczną. Na pierwszym miejscu była Szwecja, na ostatnim Polska. Można się z tym rankingiem zgadzać lub nie, ale faktem jest, że przygotowały go poważne instytucje. 

To co zrobić, żeby to się w Polsce zmieniło? 

Przede wszystkim trzeba zmienić świadomość społeczną. Mówimy o globalnym problemie, o tym, że gdzieś na świecie będą huragany, powodzie albo wzrośnie poziom morza. Wielu ludzi zastanawia się, co ich ma to obchodzić. U nas, jak przyjdzie jakaś burza, to parę domów zaleje czy przewróci i to jest problem ludzi wyłącznie poszkodowanych podczas takich katastrof, a nie wszystkich. 

Na przykład susze, które pojawiają się u nas od połowy lat 80., już zaczynają mieć coraz większy wpływ nie tylko na rolnictwo i ceny żywności, ale i na przemysł, czy energetykę. Te susze, napływające z południa, będą coraz większe i będą miały coraz poważniejsze konsekwencje społeczne. W krajach basenu Morza Śródziemnego, czy Azji Mniejszej to może wywołać eksodus. Dziś możemy mówić, że migrantów nie przyjmujemy, ale nadejdzie czas, kiedy nie będziemy już mieli takiej możliwości.  

Wiele osób wciąż twierdzi, że klimat na Ziemi zawsze się zmieniał. 

Tak, ale zapominają, że wtedy ludzi albo nie było wcale albo było o wiele mniej, a infrastruktura była prymitywna. Problemem nie jest to, co się stanie z przyrodą, bo przyroda zawsze sobie poradzi i się odrodzi. Zniknie las, jaki jest teraz, ale będzie inny. Problemem dla nas powinno być to, że to my możemy tego nie przeżyć. Nasza cywilizacja rozwijała się w określonych warunkach. Zmian możemy nie przetrwać. Człowiek i nowoczesna infrastruktura takich możliwości nie mają.

Wyobraźmy sobie konsekwencje zmian. Na przykład takie, że przez połowę lata będzie 38 st. C. Człowiek to wytrzyma, ale czy wytrzyma to rolnictwo? Jeśli zaczniemy uprawiać rośliny z Afryki czy Azji, to może i tak, ale musimy mieć czas na przystosowanie. A tego czasu może nie być. Przy okazji zmienimy zupełnie nasza dietę.

Wzrost temperatury to jedno. Co jeszcze się u nas może zmienić?

Będą się pojawiać gwałtowne ulewy wywołujące powodzie i wielkie zniszczenia, a zaraz po nich będzie dochodziło do długich okresów suszy. I, załóżmy, że po trzech miesiącach, będzie powtórka z powodzi i znów suszy. 

Biorąc pod uwagę prognozy związane z ociepleniem klimatu, to domu na Żuławach raczej nie warto kupować.

Jeśli chce się mieszkać w tym domu 50 lat, a budynek ma przetrwać sto lat, to odradzam. Jeden z opracowanych niedawno modeli klimatycznych wskazuje, że cały Gdańsk, Elbląg i Żuławy będą podtopione lub zalane. 

Jak daleko w głąb lądu dojdzie Bałtyk? 

W tym rejonie do okolic Tczewa. Półwysep Helski zmieni się w pasmo wysp. Tak samo stanie się z Mierzeją Wiślaną, bez względu, czy ją przekopiemy czy nie. W rejonie Szczecina podtopiona może być część miasta.

Czyli woda wedrze się mniej więcej na 80 km w głąb lądu. 

Dąbki, Międzyzdroje - to wszystko znajdzie się pod wodą lub zostanie zerodowane. Mocno zmieni się także rejon jezior na środkowym wybrzeżu. Jeziora staną się tam zatoczkami ze słoną wodą. Ta słona woda będzie miała wpływ na znajdujące się w tej okolicy pola, a to znaczy, że nie bardzo będą się nadawały pod uprawy.  

Najbardziej przyjaznym miejscem do życia w Europie może się stać północ Norwegii. 

Wiele wskazuje, że Skandynawia na ociepleniu klimatu może skorzystać. Wydłuży się tam okres wegetacji roślin, wody raczej nie zabraknie, a wyższa temperatura sprawi, że miejsce stanie się bardziej przyjazne dla komfortu życia. Minus jest taki, że podnoszący poziom oceanu wydrze część lądu. Podobnie Kanada, czy Syberia, gdzie teraz jest wieczna zmarzlina. Z czasem zacznie się ona roztapiać. Tyle, że znajdująca się tam materia organiczna, kiedy podniesie się temperatura, uwolni metan, który jest gazem cieplarnianym znacznie niebezpieczniejszym niż dwutlenek węgla. A to będzie tylko nakręcać ocieplenie klimatu. Z resztą ten proces już się zaczął. 

To jest koniec świata, jaki znamy? 

Tak. Będziemy musieli się dostosować. To będzie bardzo kosztowne i nie wszyscy to przeżyją.

Tracimy czas na rozmowy o zmianach, zamiast je wprowadzać?

Słychać bardzo ładne hasła, ale niewiele się za nimi kryje. Bardzo trudno wymusić na politykach, żeby myśleli w dłuższej perspektywie niż własna kadencja. Klimatem zajmuję się od kilkudziesięciu lat i doszedłem do wniosku, że w tej sprawie w skali globalnej nie jesteśmy w stanie podjąć żadnej pozytywnej decyzji. Konwencja klimatyczna ONZ powstała w 1992 r. i odnoszę wrażenie, że od tego czasu w zasadzie nic sensownego się nie wydarzyło. 

Tak samo porozumienie z Paryża z 2015 r. Wszyscy się z niego cieszyli, ale konkretnych działań nie było i nie ma. 

Chce pan powiedzieć, że z rozmów 200 państw nic nie wynika? 

Cześć państw się przejmuje podjętymi zobowiązaniami, inne nie, ale odnoszę wrażenie, że większość robi uniki, jak się wywinąć z obietnic. Ktoś kiedyś powiedział, że konwencja klimatyczna to jest największe biuro podróży na świecie, bo nagle 10 tys. ludzi jedzie w najpiękniejsze miejsca na świecie, takie jak Bali, Cancun, czy Durban. Tylko nic z tego nie wynika. 

Sądzę, że musimy podejść do walki ze zmianami klimatu z całkiem innej strony. Powinniśmy uznać, że dwutlenek węgla, tak jak inne zanieczyszczenia, szkodzi lokalnym społecznościom. Wówczas mamy szansę. Obawiam się jednak, że w Polsce to łatwo nie pójdzie i wielu ludzi będzie musiało umrzeć zanim politycy na poważnie zajmą się problem. 

Ale to wyborcy wybierają polityków, a dotąd widać nie zależało im na wyborze takich, dla których klimat będzie ważny. Kiedy to się zmieni?

Jak ludzie dostaną w kość.

Kiedy dostaną w kość?

Jak zacznie brakować wody. 

A kiedy zabraknie wody?

To zależy gdzie. W krajach śródziemnomorskich już zaczyna jej brakować, ale w ciągu dekady u nas zaczniemy mieć z tym problem. 

Nie będzie już wtedy za późno? 

Sądzę, że nie. Tylko koszty będą wyższe.