Dla mieszkańców wioski, która wyrosła wokół klasztoru Noirmoutier, zdawało się to boskim darem. Niewielka społeczność zamieszkująca wysepkę u ujścia Loary, nagle dostała coś, co w jej oczach było nagrodą za pobożność założyciela klasztoru, Filiberta, później obwołanego świętym. 

Tak to wydarzenie opisał kronikarz:

"Człowiek boży, świadomy potrzeb braci, położył się krzyżem, by się modlić. Gdy powstał, wielka liczba ryb znanych, jako marsuppas, znalazła się w rzece. Kiedy morze się cofnęło, 237 z nich pozostało na stałym lądzie. Od tej pory, przez cały rok, bracia odczuli wielką poprawę życia, a klasztory i biedota otrzymali pomoc żywnościową". 

To prawdopodobnie pierwszy opis masowego wyrzucenia morskich ssaków na brzeg. Musiało do niego dojść około 680 r.

Incydenty, gdy walenie - nieraz pojedyncze osobniki, a czasem stada liczące setki zwierząt - lądują bezbronne na plażach i zwykle tam umierają, to zjawisko naturalne. Najstarsze znane pozostałości takiego wydarzenia pochodzą z terenów dzisiejszego Chile. Paleontolodzy na dawnej plaży odkryli skamieniałości 40 zwierząt sprzed 6 mln lat. 

Problem w tym, że z analizy danych zebranych przez naukowców wynika, że częstotliwość, z jaką walenie giną na plażach, w ostatnich latach gwałtownie wzrasta. Dziś nikt nie traktuje tego, jak bożego daru. Przeciwnie. Wydaje się to przestrogą, że w oceanach dzieje się coś bardzo niepokojącego. 

Niepokojące statystyki

Niewiele państw ma tak wielkie doświadczenie, jak Chile, w ratowaniu wielorybów wyrzuconych na plaże i w liczeniu ich zwłok. W wodach terytorialnych tego kraju mieszka blisko połowa ze wszystkich ponad 80 gatunków waleni, a długa na 8 tys. km linia brzegowa obejmuje ponad połowę szerokości geograficznych na południowej półkuli.

Naukowcy z Uniwersytetu Andresa Bello w Santiago przeanalizowali dane dotyczące wszystkich zaobserwowanych wyrzuceń waleni w ciągu ostatniego pół wieku. O ile trudno mieć pełne zaufanie do danych sprzed 50 lat, bo na liczących niewielu mieszkańców rozległych obszarach łatwo można było przeoczyć martwe zwierzęta na plaży, o tyle dane z XXI w. nie pozostawiają wątpliwości. Walenie lądują na plażach coraz częściej i w coraz większych grupach. 

Gwałtowny wzrost liczby takich incydentów zaczął się we wrześniu 2008 r. i trwa do dziś. 12 lat temu na brzegach Chile walenie znajdowano pięć razy. W ubiegłym roku już niemal 50 razy. Ten sam schemat powtarza się na całym świecie. Według danych Szkockiego Systemu Ratowania Uwięzionych Zwierząt Morskich SMASS, liczba waleni wyrzuconych na brzegi Szkocji wzrosła z 204 w 2009 r. do 930 w 2018 r. 

Naukowcy rozróżniają dwa zasadnicze rodzaje takich incydentów. W pierwszych, zwierzęta lądują na brzegu pojedynczo bądź w bardzo małych grupach. Zwykle to przedstawiciele największych, planktonożernych gatunków wielorybów oraz kaszaloty. W drugich, plaże i mielizny usiane są ciałami ich mniejszych kuzynów, żyjących w rodzinnych grupach ich, takich jak delfiny, czy orki. 

Czynnikiem, który wydaje się mieć wpływ na częstotliwość tego rodzaju dramatów jest ukształtowanie dna morskiego. Walenie, tak jak nietoperze, posługują się dźwiękiem - ich biologiczny sonar pozwala im “widzieć" ukształtowanie terenu dzięki odbijającemu się od niego echu. Tam, gdzie do brzegu prowadzi długie i łagodne zbocze, walenie mogą błędnie interpretować takie echo i nieumyślnie wpływać na wody zbyt płytkie, by mogły bezpiecznie je opuścić. 

Zabójcze śmieci

W grudniu 2019 r. na brzegu szkockiej Isle of Harris odnaleziono ciało młodocianego kaszalota. Po sekcji zwłok zwierzęcia okazało się, że jego żołądek był pełny rękawiczek, rurek, kawałków sieci, plastikowych kubeczków i innych śmieci ważących łącznie ponad 100 kg. W tym samym roku martwe zwierzęta z żołądkami pełnymi plastiku znaleziono na brzegach Włoch, Sardynii, Anglii, Walii, Filipin i Norwegii. 

Kanadyjscy badacze odkryli także drobiny mikroplastiku w ciałach wszystkich przebadanych białuch. Wieloryby mogą być szczególnie wrażliwe na toksyczne działanie mikroskopijnych plastikowych cząstek, bo odkładają się one w ich niezwykle grubej tkance tłuszczowej. Dokładne, biologiczne efekty działania mikroplastiku nie są jeszcze dokładnie przebadane. 

Masowe wyrzucenia na plaże, w których jednocześnie odnajduje się nawet setki uwięzionych zwierząt, są jeszcze bardziej tajemnicze. Wiele wskazuje jednak, że przyczyny są w jeszcze większym stopniu powiązane z działalnością człowieka. Zazwyczaj ich ofiarami padają niewielkie, stadne walenie - delfiny i ich krewniacy. Tak było we wrześniu 2020 r., kiedy 470 grindwali ugrzęzło na mieliźnie w porcie Macquarie w australijskiej Tasmanii. Zaledwie 20 z nich udało się uratować. Zdarzają się też tragedie, w których giną setki morskich olbrzymów. 

Czerwone fale

Sejwale, czyli płetwale czerniakowe, są jednymi z największych wielorybów. Dorosłe osiągają długość niemal 20 m. i wagę 50 ton. Są z natury samotnikami - podróżują solo lub w małych grupach liczących zaledwie kilka osobników. W większe stada pojawiają się jedynie, gdy trafią na wyjątkowo obiecujące żerowiska. 

Dlatego naukowcy byli zaskoczeni, gdy na satelitarnych zdjęciach odległych wybrzeży chilijskiej Patagonii odkryli w 2015 r. ciała 337 tych gigantycznych ssaków. Uczeni podejrzewają, że padły ofiarą zatrucia. Winne mogły być sinice. Niektóre z nich są silnie toksyczne. Zwierzęta mogły paść ofiarą produkowanych przez nie trujących substancji, gdy polowały na obszarach, gdzie doszło do gwałtownego wykwitu tych mikroskopijnych roślin. 

W takim wypadku człowiek pośrednio ponosi odpowiedzialność. Wykwity sinic, choć są zjawiskiem naturalnym, stają się w ostatnich latach coraz częstsze, a winne są zanieczyszczenia spływające do morza z lądu. 

Nieoczyszczone ścieki i nawozy spłukiwane z pól uprawnych przez deszcz dostarczają wodnym roślinom ogromnych ilości substancji odżywczych. Sinice gwałtownie namnażają się pod ich wpływem, tworząc tak zwane "czerwone fale" - ogromne obszary spowite kożuchem roślin, groźne dla ryb i innych morskich zwierząt. 

Najczęściej na plażach znajduje się nie zwierzęta, które żyją blisko brzegu, ale ich dalekomorskich, oceanicznych krewniaków. To sugeruje naukowcom, że bardzo czynnikiem prowadzącym do tych tragedii jest dezorientacja. Żyjące w zżytych, rodzinnych grupach delfinowate podążają za przewodniczką. Jeśli ona popełni błąd, cała rodzina znajduje się w opałach. Silne więzi rodzinne sprawiają, że nawet gdy część zwierząt umiera, pozostałe nie porzucają ich, lecz - choć mogłyby odpłynąć na głębszą wodę - pozostają w pobliżu. I, często, same umierają przy kolejnym odpływie. 

Huk w świecie dźwięków

Głównym podejrzanym w śledztwie w sprawie rosnącej liczby zgonów waleni jest... hałas. Niemal cały ich świat to podwodny świat dźwięków. Wieloryby mogą, za pomocą swoich pieśni, porozumiewać się na odległość tysięcy kilometrów. I wszystkie polegają na sonarze w celu nawigacji i poszukiwania pożywienia. 

Tymczasem oceany, pozornie spokojne, są dziś głośne jak wielkomiejskie skrzyżowania w godzinach szczytu. Ruch statków na morzach podwoił się między rokiem 1950 a 2000 r. i wciąż rośnie. Ryk okrętowych silników powoduje podwojenie poziomu hałasu w morzach co 10 lat. Inna ludzka działalność, taka jak poszukiwania ropy i gazu wiąże się z jeszcze większymi, choć chwilowymi wzrostami tego poziomu. Sprzęt sejsmiczny wykorzystywany przez firmy poszukujące podmorskich złóż powoduje pod wodą hałas porównywalny z wybuchem dynamitu. W wodzie dźwięki niosą się o wiele dalej, niż w powietrzu. Huk może płoszyć zwierzęta, powodując potencjalnie zabójczą dezorientację. 

Największymi winowajcami mogą być jednak wojskowi i ich sonary, wykorzystywane do poszukiwania podwodnych celów. Powiązanie między ćwiczeniami wojskowymi, a śmiercią waleni odnotowano po raz pierwszy w 1996 r., kiedy po ćwiczeniach NATO niedaleko Grecji na brzeg wyrzuconych zostało 12 wali Cuviera. 

W latach 2000-2002 doszło do kolejnych incydentów powiązanych z działalnością wojska, tym razem odpowiednio na Bahamach i Wyspach Kanaryjskich. Sekcja zwłok wykazała, że wszystkie walenie doznały poważnych obrażeń wewnętrznych. Ich uszy wewnętrzne były wypełnione krwią. 

Aktywne sonary o niskiej częstotliwości, wykorzystywane do polowania na okręty podwodne, to najgłośniejsze źródła dźwięku w oceanie. Mogą mieć siłę 240 decybeli. Dla porównania, startująca rakieta księżycowa Saturn V produkowała "zaledwie" 204 decybele. 10 decybeli to 10-krotny wzrost mocy dźwięku. 

Taki hałas pod wodą może działać na zwierzęta, jak fala uderzeniowa po wybuchu bomby. Ogłuszone i krwawiące tracą orientację. Ciśnienie dźwięku może wywoływać u nich formę choroby dekompresyjnej. To zmora płetwonurków. Zazwyczaj występuje na skutek zbyt szybkiego wynurzania się. Walenie wydawały się na nią odporne, ale u części zwierząt sekcje zwłok wykazały dokładnie takie uszkodzenia wewnętrzne, jak u nurków, którzy ulegli dekompresyjnemu wypadkowi. 

Naukowcy starają się powiązać fakty, by ratować wielkie ssaki. Na razie pewne jest jedno. Incydent z Wysp Kanaryjskich z 2004 r. sprawił, że rząd Hiszpanii zakazał stosowania najgłośniejszych sonarów. Wkrótce potem moratorium na ich stosowanie przyjął Parlament Europejski. Od tej pory na plażach archipelagu nie powtórzyły się już podobne tragedie.