Woda to nasz skarb, ale i zagrożenie. Trzeba nią mądrze gospodarować

Błyskawiczne powodzie miejskie, lokalne podtopienia i susza - to już coroczne problemy naszego kraju. W dobie zmian klimatycznych są i będą się powtarzać, a mogą do nich dołączyć kolejne - związane z okresowymi, ale coraz częstszymi przerwami w dostarczaniu prądu dla każdego z nas. Z ich skutkami mierzyć się będą także przyszłe pokolenia. W jaki sposób rozwiązać problemy wodne? Jak chronić zasoby najcenniejszej substancji na ziemi i jednocześnie zabezpieczyć się przed jej niszczycielską siłą? Czy da się przy tym pogodzić interes człowieka i środowiska przyrodniczego? Rozmawiamy o tym z Przemysławem Dacą, prezesem Wód Polskich.

Wody Polskie są głównym podmiotem odpowiedzialnym za gospodarkę wodną kraju. Od 2018 roku zarządzają polskimi zasobami wodnymi, zgodnie z prawem krajowym i unijnym. Gospodarstwo wodne skupia się na przeciwdziałaniu powodzi i suszy, jednocześnie dbając o dobrą jakość wód.

Panie prezesie, dlaczego konieczny jest podmiot, który zarządza gospodarką wodną?

- Zasoby wodne są wspólnym dobrem, którymi trzeba w zarządzać w sposób zrównoważony i odpowiedzialny. Po to, żeby tej wody nam nie brakło teraz, ani w przyszłości. Woda jest niezbędna zarówno ludziom, jak i przyrodzie. A człowiek jest częścią ekosystemu. Bez wody nie ma życia. Jest też niezbędna w każdym aspekcie gospodarki. Przede wszystkim każdy z nas potrzebuje dostępu do wody pitnej, jest to podstawowe prawo człowieka. Woda jest konieczna także dla rolnictwa, które jest bardzo wrażliwe na jej deficyt i suszę. Podobnie rzecz wygląda z przemysłem. Każdy proces produkcyjny wymaga zużycia wody, niezależnie czy wytwarzamy telefony, ubrania, czy budujemy wielkie maszyny, samochody, statki, etc. Dlatego wszystko to z czego korzystamy, a nawet to co nosimy na sobie, można przeliczyć na zużytkowaną w łańcuchu produkcyjnym wodę, jest to tzw. ślad wodny. Wreszcie bez wody nie ma energetyki, nawet odnawialnej. Woda jest zbyt cenna, by podchodzić do jej tematu lekkomyślnie i każdy powinien mieć tego świadomość.

Można zatem wywnioskować, że woda jest naszym skarbem...

- Jest skarbem, ale jest też żywiołem, dlatego w naszych działaniach koncentrujemy się na kompleksowości, tak żeby wodę jak najlepiej zagospodarować. Niestety, w ostatnich latach mamy z nią coraz więcej problemów, bo jej obieg w przyrodzie jest coraz bardziej zachwiany. Zmienia się struktura opadów, co przejawia się gwałtownymi zjawiskami, które nas nawiedzają. Wydłużają się okresy bezopadowe, co skutkuje suszami, zwłaszcza w centralnej części kraju - częściowo nawet ekstremalnymi. Poza tym mamy nawracające powodzie, w tym powodzie błyskawiczne - coraz częstsze zjawisko wywołane nawalnymi deszczami. Zaznaczam, że jest to problem ogólnoświatowy, bo tylko w tym roku mieliśmy już ponad 40 powodzi na całym świecie, m.in. w USA, Chinach. Także w Zachodniej Europie, gdzie niszczący żywioł wręcz spustoszył zurbanizowane obszary Niemiec, Belgii i Holandii, czyli państw o wiele bardziej zaawansowanych hydrotechnicznie od nas. Problem powodzi i podtopień jest szczególnie widoczny w okresie wiosenno-letnim, kiedy mamy do czynienia z tworzącymi się spontanicznie frontami burzowymi, a także punktowymi intensywnymi opadami. Błyskawiczne powodzie miejskie będą stanowiły dla nas coraz większy problem, a wynika to z całkowitego niedostosowania miast do zmian klimatycznych.

Dlaczego nasze miasta nie są przystosowane do tych zmian?

- Bo wciąż betonuje się je bez opamiętania. Mamy coraz więcej domów, sklepów wielkopowierzchniowych, parkingów, dróg i coraz mniej powierzchni nieutwardzonych, biologicznie czynnych. Jest wielki głód działek budowlanych i każdy metr kwadratowy powierzchni, zwłaszcza w miastach, jest chętnie zabudowywany przez inwestorów, deweloperów. A potem, kiedy przychodzi nawalny deszcz, woda po prostu nie ma gdzie wsiąkać. Punktowo, w ciągu kilku godzin spada nawet 100-150 mm deszczu, czyli tyle co w ciągu paru miesięcy. Wówczas mamy błyskawiczną powódź miejską. W tym roku w Polsce takich sytuacji było aż nadto - w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Szczecinie, Zielonej Górze - to tylko niektóre przykłady podtopionych aglomeracji. Sieć kanalizacyjna projektowana często kilkadziesiąt lat temu, nie jest przystosowana do przyjmowania takich ilości wody i po nawałnicach miasta często "pływają". Co gorsza, większość systemów kanalizacji jest ogólnospławna, co oznacza, że woda deszczowa miesza się ze ściekami komunalnymi, a także bytowymi, poszpitalnymi czy poprzemysłowymi. Ta zabójcza mieszanka, która przez niewydolność kanalizacji, zamiast do oczyszczalni trafia bezpośrednio do rzek. A ma to istotny negatywny wpływ na ich stan, jeśli chodzi o ich jakość i czystość. Ponadto, przez zabetonowane przestrzenie woda nie wsiąka w glebę, przez co nie odtwarzają się pokłady wód podziemnych i głębinowych, kluczowych z punktu widzenia dostępu wody pitnej. Przez wszechobecną betonozę woda szybko ucieka nam do rzek, a rzekami do morza i w ten sposób tracimy ją bezpowrotnie, więc po dotkliwych podtopieniach, pojawia się kolejny problem - z suszą.

Jak to rozwiązać?

- Przede wszystkim trzeba wyjść z pułapki urbanistycznej, polegającej na rozbudowie miast bez szczegółowych planów. Miasta powinny mieć opracowane plany zagospodarowania przestrzennego i to z uwzględnieniem zagospodarowania wód opadowych. Należy przeznaczać więcej miejsca na powierzchnie biologicznie czynne, które zatrzymują wodę w miejscu, gdzie ona spadnie. Trzeba tworzyć zbiorniki retencyjne, także zbiorniki podziemne, poldery, zielone dachy, ogrody deszczowe, stawy, oczka wodne. Tych rozwiązań jest naprawdę dużo, są one stosowane na Zachodzie i przynoszą efekty. Czas, by pomyśleć o tym także u nas, bo inaczej nie wyjdziemy z pułapki błyskawicznych powodzi miejskich. Mówimy tu o żywiole, który wymaga strategicznego podejścia. To się musi zmienić, bo ekstremalne warunki atmosferyczne będą pojawiać się coraz częściej, więc trzeba się do nich zaadoptować.

Środowiska ekologiczne twierdzą, że receptą na zmiany klimatyczne jest pozostawienie natury w spokoju. Podkreślają, że jeśli na przykład pozostawimy rzeki samym sobie, to wszystko wróci do równowagi. Czy zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

- Człowiek jest częścią ekosystemu. A ekologia to w istocie nauka o zależności pomiędzy organizmami w danym ekosystemie, włączając w to ludzi. Jednak do opinii publicznej i mediów słowo "ekologia" przebiło się wyłącznie w kontekście dbałości o środowisko naturalne. Idea pozostawienia rzek, zbiorników wodnych w obecnym stanie, jest utopijna. Nie da się cofnąć zmian, jakie na przestrzeni wieków dokonali ludzie. Człowiek od tysięcy lat zmieniał środowisko. Nasze rzeki są zmienione antropologicznie. Ludzie osiedlali się nad wodą, gospodarowali nią, a na przestrzeni wieków w dolinach rzecznych rozwinęły się w wielkie aglomeracje. Przykładowo na obszarze dawnych rozlewisk Warszawy stoją dziś duże osiedla mieszkaniowe - Powiśle, Wilanów czy Saska Kępa. Podobnie jest w innych miejscach. Nie da się już cofnąć czasu i tych zmian. Aktywiści ekologiczni jak mantrę powtarzają, żeby odtwarzać mokradła, meandry i starorzecza, wówczas wszystko wróci do normy. Ale żeby to zrobić, trzeba stworzyć obszar większy od województwa wielkopolskiego - i to wszystko w dolinach rzecznych, czyli tam gdzie mamy większość osadnictwa. Oznaczałoby to przesiedlenie milionów ludzi! Należałoby zlikwidować szereg miast, to kompletny absurd. Żyjemy w XXI wieku, w takiej a nie innej rzeczywistości, i musimy się do niej dostosować. My, ludzie, zmieniliśmy środowisko i musimy wziąć teraz za to odpowiedzialność. I tę odpowiedzialność bierzemy, stawiając na idee zrównoważonego rozwoju.

Czy zatem w dzisiejszym świecie da się pogodzić interesy człowieka i środowiska przyrodniczego?

- Tak. W gospodarce wodnej ochrona środowiska naturalnego przejawia się w każdym aspekcie działalności. Wszystkie inwestycje które prowadzimy - niezależnie czy przeciwpowodziowe, przeciw-suszowe, czy żeglugowe, muszą spełniać ten bazowy wymóg. Niektóre działania same w sobie są proekologiczne, np. dzięki ochronie przeciwpowodziowej zmniejszamy ryzyko zalewania terenów zurbanizowanych, przemysłowych i rolniczych, a w konsekwencji skażenia wód nieczystościami z tych obszarów. Jednym z najważniejszych celów, zdefiniowanym w Ramowej Dyrektywie Wodnej czyli podstawowym europejskim dokumencie dotyczącym gospodarki wodnej, jest osiągnięcie dobrego stanu jednolitych części wód, czyli rzek czy jezior w Polsce. Dlatego też, w Wodach Polskich pracuje cały duży departament zajmujący się sprawami środowiskowymi, który dba o realizację tych założeń.

Poza tym, nie można mówić o osiągnięciu należytego stanu wód bez edukacji. Przez kilkadziesiąt lat gospodarka wodna w Polsce była bardzo zaniedbana i zapomniano również o budowaniu świadomości wśród mieszkańców naszego kraju. Dlatego czujemy się zobowiązani do informowania o zagrożeniach i wyzwaniach związanych z wodą. Pamiętajmy, że mimo iż jesteśmy dużym krajem europejskim, to jesteśmy drudzy od końca na kontynencie pod względem dostępności czystej wody pitnej na jednego mieszkańca. Problemem jest też wpływ działalności przemysłowej, rolniczej i wodno-kanalizacyjnej na stan naszych rzek. Ale ważne są też indywidualne postawy każdego z nas. Dlatego jako prezes Wód Polskich dążę do tego, by rozszerzać naszą misję edukacyjną. Nasz sztandarowy program Aktywni Błękitni, kierowany do uczniów, który dwa lata temu zaczynaliśmy lokalnie w Gdańsku, w obecnym roku szkolnym będziemy realizować niemal w całej Polsce. Współpracujemy też z Ministerstwem Edukacji Narodowej, by w programach szkolnych znalazło się więcej informacji o gospodarce wodnej, również w aspekcie środowiskowym.

Jak Wody Polskie realizują założenia zrównoważonego rozwoju?

- Każda nowa inwestycja jest tak projektowana, by pełniła swoją zasadniczą funkcję, a jednocześnie spełniała wszelkie rygorystyczne wymagania środowiskowe. Stosowane są najnowsze technologie oraz rozwiązania, które minimalizują negatywny wpływ inwestycji na środowisko. Prowadzone są również prace, które mają naprawić pewne błędy przeszłości w gospodarce wodnej, np. modernizuje się lub usuwa przestarzałe obiekty. Przykładowo od ponad roku realizowany jest program, który ma przywrócić dwufunkcyjność urządzeń melioracyjnych, tak, aby nie tylko odwadniały, ale również nawadniały doliny rzeczne. Przez dziesięciolecia melioracje były zaniedbane przez właścicieli, a ich odtworzenie i przywrócenie funkcji nawadniających, jest bardzo skutecznym sposobem na zwiększenie retencji w dolinach rzecznych. Służy to nie tylko rolnictwu, które rozwinęło się na tych obszarach, ale także środowisku naturalnemu, bo lokalnie zwiększa się retencja - czyli zdolność zatrzymania wody w glebie, wyrównuje poziom wód gruntowych i obniża ryzyko suszy. Dzięki takim inwestycjom realizowanym przy współpracy z samorządami spółkami wodnymi zrzeszającymi rolników, po raz pierwszy od 30 lat zwiększyliśmy w Polsce retencję i dziś ona sięga 7%. To jednak wciąż jest za mało, bo retencja w Polsce powinna wynosić co najmniej 15%. Aby to osiągnąć, konieczne jest zwiększanie możliwości gromadzenia wody opadowej w miejscu gdzie ona spadła. W tym celu trzeba wykorzystywać retencję na terenach miejskich, retencję w wyrobiskach pokopalnianych, retencję leśną, krajobrazową, mikroretencję. Konieczna jest również budowa dużych zbiorników wodnych, bo bez nich nie zgromadzimy i nie zachowamy odpowiednich ilości wody. Ponadto w ramach działań naprawczych, tam gdzie jest to możliwe, renaturyzujemy małe rzeki, czyli odtwarzamy naturalne koryta rzeczne. To pozwala na zwiększenie ich zdolności retencyjnych oraz przeciwpowodziowych, a także wpływa korzystnie na wodny ekosystem i rozwój bioróżnorodności, np. przez swobodną migrację ryb. Biała Tarnowska, Wisłoka, Rega to tylko przykłady niektórych rzek, które już zrenaturyzowaliśmy.

Przygotowanie się na okresy bez opadów oraz nadejście nagłych ulew powodujących błyskawiczne powodzie to dziś największe wyzwania gospodarki wodnej. Równie ważne, jak już wspominałem, staje się również zapewnienie dobrej jakości wody. Tymczasem nasze rzeki są zanieczyszczane przez zakłady produkcyjne, ubojnie, ale również niestety miasta.

Miasta w XXI wieku zanieczyszczają rzeki?

- Wciąż tak się dzieje! Kiedy po wielkiej awarii systemu przesyłowego do oczyszczalni ścieków w Warszawie zaczęliśmy wnikliwiej przyglądać się sytuacji przelewów burzowych w miastach, którymi odprowadzane są wody opadowe do rzek, okazało się, że jest to temat ignorowany. Zwłaszcza sprawa pozwoleń wodnoprawnych, które regulują kwestie prowadzenia badań i monitoringu, a także tego ile, czego i w jakich proporcjach można zrzucać. Przedstawię tu przykład Wrocławia, który na 21 przelewów burzowych, którymi wraz z wodami opadowymi spływają ścieki komunalne, wymieszane często ze ściekami bytowymi, szpitalnymi, czy przemysłowymi, tylko w przypadku jednego przelewu miał pozwolenie wodnoprawne. To nigdy nie powinno się zdarzyć w XXI wieku, na pewno nie w takiej metropolii. Niestety podobny problem dotyczy także innych miast. Ze wstępnych informacji pokontrolnych, które otrzymałem, wynika, że 1/3 takich przelewów nie ma pozwoleń wodnoprawnych, nie wiadomo, do kogo należą i co zrzucają. To jest realny problem, na który trzeba zwracać uwagę. Podkreślę tu, że za zapewnienie dostępu do czystej wody odpowiadają samorządy, dlatego my jako Wody Polskie nie możemy ingerować w ich ustawowe zadania, tym bardziej, że naszym interwencjom, z uwagi na to że jesteśmy gospodarstwem państwowym, często nadawany jest kontekst polityczny. A przecież chodzi o dobro wspólne, środowisko i mieszkańców. Dlatego w kwestii lokalnego zanieczyszczania rzek widzę tutaj duże pole działania dla organizacji społecznych, które powinny sprawować nad tym obywatelską kontrolę nad tym, co dzieje się lokalnie w tym obszarze.

W kwestii ochrony wód jest wiele do zrobienia i warto podejmować dialog pomiędzy instytucjami państwowymi, samorządami i organizacjami społecznymi, wykorzystywać rozwiązania, które sprawdzają się na świecie. Widzę tu dużą przestrzeń do współpracy. W Wodach Polskich, kiedy realizujemy inwestycje czy działania planistyczne zawsze podejmujemy dialog z lokalnymi społecznościami, samorządami i organizacjami społecznymi, organizujemy spotkania, konsultacje społeczne, zawiązujemy grupy robocze, podpisujemy partnerstwa. Wciąż pokutuje wiele mitów i stereotypów o gospodarce wodnej, ale niezmiennie stawiamy na dialog i edukację. Wierzę, że taka współpraca społeczno-instytucjonalna przyniesie wymierne efekty.

Partnerem publikacji są Wody Polskie

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy