Reklama

Atak żarłocznych jeżowców. Dewastują podwodną dżunglę

Inwazja purpurowych jeżowców dziesiątkuje podwodne lasy wodorostów. Błyskawiczne niszczenie ekosystemu u wybrzeży Kalifornii to również zagrożenie źródła utrzymania dla tysięcy ludzi. Dlatego koalicja płetwonurków ruszyła na wojnę z kolczastymi najeźdźcami.


Kalifornijskie plaże kojarzą się zazwyczaj z upałami, surferami i letnim relaksem. Ktoś, kto po raz pierwszy wchodzi tam do wody, może się jednak mocno zdziwić. W niczym nie przypomina ona rozgrzanej zupy z Morza Czerwonego, czy nawet Śródziemnego. Średnia temperatura wody w Malibu latem nie przekracza 19 st. Celsjusza. 

Przyczyną jest Prąd Kalifornijski. To właśnie ta zimna, bogata w składniki odżywcze woda sprawia, że wybrzeże Kalifornii tętni życiem. Od wielorybów, przez ławice oceanicznych ryb, po niezliczone małże, rozgwiazdy czy homary. Miliardy organizmów tworzą wyjątkowy ekosystem, którego najbardziej rozpoznawalnym elementem są "podwodne katedry", czyli ogromne lasy wodorostów osiągające nawet 60 m wysokości.

Reklama

Te podwodne dżungle znalazły się właśnie w śmiertelnym niebezpieczeństwie. W miejscach, gdzie jeszcze kilka lat temu rosły gęste, morskie rośliny, dziś pozostało jedynie martwe dno. Część lasów wodorostów w północnej Kalifornii od 2012 r. straciło już 95 proc. powierzchni.

Epidemia drapieżników

"Tracimy krytycznie ważne ekosystemy, co oznacza utratę łowisk, utratę możliwości rekreacji, utratę sekwestracji dwutlenku węgla, utratę ochrony wybrzeża" - mówiła magazynowi "Wired" Fiorenza Micheli, ekolog morska i dyrektor Centrum Rozwiązań Oceanicznych Uniwersytetu Stanforda. "To odpowiednik utraty lasu deszczowego".

Bezpośrednią przyczyną błyskawicznego wymierania podwodnych lasów jest inwazja tzw. purpurowych jeżowców. Populacja tych bezkręgowców w ciągu pięciu lat wzrosła nawet o 10 tys. procent. 

Osiągające wielkość piłki tenisowej jeżowce są w stanie przeżyć nawet kilka lat głodzenia. W normalnych warunkach to łagodni padlinożercy, pomagający czyścić dno morskie. Eksplozja ich populacji sprawiła, że z konieczności zaczęły jeść niemal wszystko. 

Początkiem kryzysu była tajemnicza choroba, która w 2013 r. w ciągu kilku tygodni wybiła 90 proc. populacji rozgwiazdy słonecznikowej, głównego drapieżnika żywiącego się purpurowymi jeżowcami. Choroba znana była już wcześniej, ale nagły, gwałtowny rozwój epidemii naukowcy wiążą z ociepleniem oceanu i wynikającym z niego niskim poziomem tlenu w wodzie. Wraz ze spadkiem liczebności drapieżników, liczba purpurowych jeżowców zaczęła szybko rosnąć.

Wysokie temperatury osłabiły także same wodorosty. Wiele gatunków tych roślin czuje się najlepiej w zimnej wodzie i polega na znajdujących się w niej składnikach odżywczych. Dzięki temu niszczone przez zimowe sztormy podwodne lasy szybko odrastają na wiosnę. W cieplejszej wodzie nie mają tak dobrych warunków do wzrostu i słabną. Nadwyrężone podwodnym upałem, nie były w stanie poradzić sobie z rosnącą liczbą jeżowców. To niszczenie podwodnego ekosystemu ma konsekwencje dla środowiska i dla ludzi, którzy się z niego utrzymywali.

Koalicja z podwodnymi odkurzaczami

Wodorosty, tak samo jak rośliny lądowe, pochłaniają dwutlenek węgla. W przeciwieństwie do drzew, które podczas rozkładu zwracają większość węgla do atmosfery, martwe wodorosty opadają na dno morza, zapewniając naturalną formę sekwestracji. 

Żarłoczne jeżowce zaburzają ten cykl, ale także sprawiają, że tysiące ludzi traci źródło utrzymania. Ogromne wodorosty to siedliska homarów, krewetek, a także krewniaków purpurowych jeżowców. Czerwone jeżowce są uznawane w japońskiej kuchni za rarytas, a ich połów na potrzeby setek restauracji sushi w Kalifornii i na całym świecie był doskonałym źródłem dochodów. Cenne czerwone jeżowce nie wytrzymały jednak konkurencji z purpurowymi krewniakami i dziś coraz trudniej je znaleźć. Purpurowe jeżowce nie mają tylu amatorów, więc ich wartość komercyjna jest niemal zerowa. 

Dlatego w Kalifornii powstała koalicja, która chce wziąć we własne ręce obronę podwodnych lasów. Płetwonurkowie chcą usunąć intruzów, ratując wodorosty i robiąc miejsce dla powrotu czerwonych jeżowców. Organizacja non-profit Reef Check podpisała umowę ze stanową Agencją Zasobów Naturalnych, na mocy której nurkowie mają usunąć wszystkie fioletowe jeżowce z niewielkiej części dna morskiego.

Łapią je rękami, szczypcami, łopatkami, a nawet przy pomocy podwodnych odkurzaczy. Pozwolenie obejmuje na razie dwa miejsca - u wybrzeży Fort Bragg i w Zatoce Monterey. To polowanie to rodzaj testu. Eksperymentu, który ma wskazać, czy fizyczne usunięcie purpurowych jeżowców pomoże zagrożonym podwodnym lasom. W dobrych warunkach wodorosty potrafią rosnąć nawet o pół metra na dobę. Niektórzy badacze zaproponowali rozsiewanie zarodników wodorostów na obszarach, z których zniknęły. 

Tyle że sukces tej operacji wcale nie jest pewny. Masowe pojawienie się jeżowców jest symptomem większego problemu. Nie stanowiły zagrożenia, dopóki nie zaczęła rosnąć temperatura oceanicznej wody. Usuwanie bezkręgowców nie likwiduje głównego źródła zagrożenia, czyli zmian klimatycznych. Zwolennicy wyłapywania jeżowców liczą jednak, że w ten sposób kupią wodorostom nieco więcej czasu, dając im szansę na odbudowę, wzmocnienie i dostosowanie się do zmian. 

Dołącz do ZIELONA INTERIA także na Facebooku

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: jeżowce | Pacyfik | ekologia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne